JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


ARTYKULY
 

Za co lubimy Jaromíra Nohavicę?

Artykuł zamieszczony w polskim kwartalniku artystycznym Plama (1-2/1999).

Przyznam się od razu, że nie umiem obiektywnie odpowiedzieć na to iście gombrowiczowskie pytanie. Gdyby chodziło o Cohena, Cave'a czy Waitsa, byłabym w stanie sformułować kilka w miarę sensownych tez. Ale pieśniarz Nohavica?

Urodził się w uprzemysłowionej Ostrawie w 1953 roku; Jaromír mówi o tym fakcie w jednej ze swych zapomnianych pieśni, która kończy się słowami: śpiewam, więc jestem – jestem, więc śpiewam. Gdy miał dwanaście lat, ojciec kupił mu gitarę i niejako zadecydował o przyszłości umuzykalnionego syna. Ja już od ponad trzydziestu lat nie rozstaję się z tym instrumentem - powiedział Nohavica w jednym z wywiadów - i choć może zabrzmi to patetycznie, wydaje mi się, że gitara harmonizuje z kolorem moich włosów i z tym, co mi w duszy gra. Przed paru laty zauroczył go kolejny instrument, który z kolei odziedziczył po swoim dziadku - stary akordeon o nazwie heligonka; widnieje on na tylnej stronie okładki znakomitej płyty Divné století - Dziwne stulecie.

Oto jedna z rzeczy, za które musimy lubić Jaromíra - autora i wykonawcę. Docenili go nie tylko słuchacze (liczne nominacje i czeska nagroda Gramy), ale również krytycy, którzy określili tę płytę jako jeden z filarów czeskiej muzyki popularnej w ciągu ostatniego pięćdziesięciolecia.

W latach siedemdziesiątych zamieszkał w Czeskim Cieszynie, rodzinnym mieście swojej żony. Dla takiego bibliofila jak ja ważna była praca w tamtejszej bibliotece miejskiej, która posiadała dwa księgozbiory, czeski i polski - stwierdzi w dwadzieścia lat później - a ja korzystałem z nich na przemian. Wówczas przeczytałem bardzo wiele polskich książek.

Zabłysnął najpierw jako autor tekstów piosenek śpiewanych przez innych wykonawców. Na solowy występ zdecydował się w 1982 roku w trakcie ostrawskiej imprezy folkowej. Ceną za sukces były coraz częstsze interwencje milicji i odwoływanie jego koncertów, które były przez wielu fanów odczytywane jako antypaństwowe, choć Nohavica nigdy nie zniżył się do taniej agitacji politycznej. Czasem jestem bohaterem, czasem nawet dezerterem - pisał z pozycji romantycznego outsidera i buntownika.

Znany w Polsce nieżyjący już czeski pieśniarz, Karel Kryl powiedział o nim w parę lat później: Z generacji czterdziestolatków Jaromír Nohavica jest chyba najbardziej wnikliwym i utalentowanym pieśniarzem. To bardzo odważny człowiek, nazbyt może często podkreślający fakt, że Bóg nigdy dla niego nie istniał. Twardy, zaangażowany, zawsze dociera do sedna rzeczy.

Czescy pieśniarze byli w czasach dogorywającego komunizmu traktowani jako trybuni opozycji i sumienie narodu. Nohavica, by nieco załagodzić ówczesny patos, zaczął używać określenia kejklíř - kuglarz. Występuję publicznie - powiedział w jednym z wywiadów - a ludzie przechodzą i zatrzymują się, by posłuchać lub idą dalej. Jestem więc kuglarzem, z tym, że nie żongluję i nie połykam ognia, ale prezentuję tu i teraz ulotne rzeczy, pieśni, które albo znajdą słuchacza, albo najzwyczajniej przeminą. Staram się w ten sposób przywrócić dawną hierarchię wartości, gdyż miejsce pieśniarzy, ale także aktorów, było niegdyś na rynku, na podwyższeniu. Grali dla murarzy, cieśli, żołnierzy, przekupek, księży, mieszczan, po prostu dla ludzi.

Po aksamitnej rewolucji, gdy zaczęto otwarcie mówić o kryzysie czeskiego folku (termin ten nie jest tożsamy z polskim określeniem i pojmowaniem muzyki folkowej) i pieśniarstwa, buntowniczy bard porzucił dotychczasowy burzliwy tryb życia i zmienił swój image. Jako jeden z niewielu w swej branży nadal grał dla licznych rzesz fanów, a dzięki przemyślanej polityce wydawniczej swej firmy fonograficznej zaczął zdobywać nowych. Płyta Mikimauzoleum, będąca świadectwem przemiany i duchowych rozterek pieśniarza, zapoczątkowała niezwykle udaną pod względem artystycznym i komercyjnym "porewolucyjną trylogię płytową" Jaromíra. Jego ponadczasowe piosenki zaczęły zdobywać szczyty list przebojów, dystansując hity jednego sezonu. Za to także należy lubić pieśniarza Nohavicę.

Krytycy i fani Jarka doceniają słowiańskość, liryczne galicyjsko-rosyjskie klimaty i archetypalną tematykę jego pieśni. Zapytany o rolę miłości w swoim życiu odpowiedział: Musiała być wielka, skoro napisałem o niej tyle pieśni. Ciągle w moich pieśniach krążę wokół tego tematu, szukam granic, i być może odpowiedź mieści się właśnie w owym krążeniu wokół miłości, śmierci, Boga. To krążenie tworzy mapę mego życia. Atutem Nohavicy jest także jego bezpośredniość, kontaktowość i dowcip. Salwy śmiechu zawsze towarzyszą jego humorystycznym songom, w których stołeczni krytycy dopatrywali się wpływów waitsowskich, zapominając o całej galerii typów "zagłębiowskich" z rejonu ostrawsko-karwińskiego, którym pieśniarz przyglądał się od wczesnego dzieciństwa. Natomiast publiczność dziecięcą (i tych słuchaczy, w których nadal drzemie dziecko) podbił swoją bynajmniej nie infantylną twórczością o tematyce zwierzęco-bajkowej.

Zapytywany o sposób, metodę pisania odpowiada: Pieśni piszę w ciszy i osamotnieniu. Z gitarą. Sam jak palec. W nocy. Gdy już wpadnę na jakiś motyw, który mnie zafascynował, wiem i czuję, że gdzieś tam istnieje gotowa piosenka. I ja muszę ją odnaleźć. Usłyszeć. Szukam więc i wsłuchuję się.

Swoje życie Jaromír dzieli od kilkunastu lat pomiędzy scenę i publiczność, która go uwielbia, oraz prywatne królestwo, do którego wścibskie media nie mają prawa wstępu. Mówi o tym z wielką swobodą: Zawsze nie mogę doczekać się chwili, kiedy otworzę drzwi mojej pracowni i pokażę komuś bliskiemu mój plon, moje nowe piosenki. A gdy mam już dosyć koncertów i bycia "na zewnątrz", znów cieszy mnie wizja twórczej samotności. I to lawirowanie między zaciszem mej pracowni a tłumami słuchaczy jest dla mnie bardzo przyjemnym uczuciem.

Niezwykłe były również zagraniczne, polskie koncerty Jarka. Moi polscy słuchacze są bardzo inteligentni i skłonni do zabawy - stwierdził w jednym z wywiadów telewizyjnych (zresztą TVP nakręciła już kilka filmów o Jarku Nohavicy; niedawno był także gościem radiowej "Trójki"). Niezmiennie zjednywał sobie polską publiczność we Wrocławiu, Szczecinie, Krakowie, Warszawie, Katowicach, Bytomiu, Bielsku-Białej, Cieszynie. Studenci, żołnierze, urzędnicy i wojewodowie jak jeden mąż śpiewali wraz z Jarkiem po czesku, po polsku lub w językach, o których dotąd nie mieli pojęcia. śmiech i łzy, chwile refleksji i dobrego humoru, radość i żal, że już się skończyło. To wszystko w trakcie jednego koncertu. Tak mało i tak wiele jednocześnie.

Za co więc lubię Jaromíra Nohavicę? Za to, że od lat spotykam go na ulicach Czeskiego Cieszyna, co w przypadku moich ulubionych Cohenów, Waitsów i Cave'ów jest raczej rzeczą niemożliwą. Za to, że wzbogacił moje życie. Za galerię postaci z jego piosenek, w których istnienie wszyscy święcie wierzymy. Za to, że wyzbyłam się wielu narodowych stereotypów. Za szansę tłumaczenia jego pieśni.

Za wiarę, że dokud se zpívá, ještě se neumřelo...

Renata Putzlacher
tłumaczka


biografia
v
ideo TV
v
ideo archiwum

jarek i polska
artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line