JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


ARTYKULY
 

Połowa dziwnego stulecia

Tygodnik Reflex, nr 22/2003

Przedtem, a zwłaszcza potem wiele razy pisałem o Jarku Nohavicy, mówiłem o nim, przedstawiałem go na koncertach, pisywaliśmy do siebie. W ubiegłym roku po programie telewizyjnym pt. "Sněží" wysłał mi SMSa następującej treści: "Towarzyszysz mi od trzydziestu pięciu lat i może nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. Raz na parę lat zawsze mnie w jakiś sposób poruszysz". On sam mnie porusza raz na jakiś czas - każdą swoją płytą. Niech ta droga składająca się z ośmiu stacji (tytułów płyt długogrających, które pieśniarz wydał do tej pory - przyp. tłum.), które zostawiły swój ślad w naszych często smutnych sercach, będzie świadectwem przemian "małego mężczyzny z gitarą", który 7 czerwca 2003 roku świętuje dokładnie połowę (dziwnego) stulecia - swe abrahamowiny.

Pierwsze płyty Nohavicy chciał wydać jeszcze w okresie komuny "Jonáš klub" działający przy praskim teatrze Semafor. Obie płyty pt. "Jakube" i "Z domoviny" ("Z kraju ojczystego") przygotowałem wówczas na podstawie nagrań z koncertów. Ani jedna z nich nie ujrzała światła dziennego. Jeszcze wcześniej pracownik kolei państwowych Stanislav "Houla" Zárybnický przygotował drugoobiegowe wydanie pieśni Nohavicy i namówił mnie w roku 1986 do napisania rozważań pt. "Pokora niepokornego". Szybko wydrukował je emigracyjny kwartalnik "Obrys", natomiast do dziś nie pojawiły się w oficjalnej wersji. (Fragmenty wstępu, w którym J. Černý pisze o swym pierwszym spotkaniu z J. Nohavicą, pojawiają się w tekście wyróżnione kursywą - przyp. tłum.)

...Wszystkie wzloty pieśniarzy - gwiazdorów czeskiego folku widziałem na własne oczy, również początki kariery Nohavicy. To był najszybszy awans, i być może dlatego najbardziej niebezpieczny. Fani pokochali nowego gwiazdora od razu, natomiast jego przyszli koledzy z branży byli niemal bez wyjątku zakłopotani i ich opinie z tamtego okresu po raz kolejny utwierdzają mnie w przekonaniu, że jest niewielu ludzi, którzy byliby do tego stopnia niezdolni zauważyć i zrozumieć nową sztukę jak ci, którzy już coś osiągnęli na polu starej...
 

Darmoděj (Darmodziej, 1988)

Kiedy ówczesny zakazany dramatopisarz Václav Havel słuchał wraz z autostopowiczami taśm z nagraniami czeskiego rocka i folku, zauważył, że najpopularniejsze wśród nich były pieśni Nohavicy. Wiedziano o tym również w czeskiej wytwórni płytowej "Panton"; zanim jednak 36-letni pieśniarz doczekał się wydania swej pierwszej płyty długogrającej (przedtem wydano mu kilka małych płyt), walczono o nią z kierownictwem wytwórni przez dwa lata. W nagraniach z uprzednio wybranych koncertów (I/1987; I-II/1988) słychać mniej napięcia niż na krążących nielegalnie taśmach nagranych na półlegalnych koncertach Nohavicy w klubach, również jego repertuar został przesiany przez sito cenzury. (...) Jest oczywiste, że wówczas samo nazwisko pieśniarza było tabu.

Ale i tak jest płyta "Darmodziej" wyrazistym odbiciem talentu kształtującego się poza wówczas powszechnymi wpływami á la Dylan czy Donovan, nasyconego słuchaniem pieśni Polaków, Okudżawy, Wysockiego, a przede wszystkim Kryla. Ponoć wszystkie jego pieśni znał Nohavica na pamięć już w wieku piętnastu lat. Podczas gdy poetyckim guru Kryla był Nezval, Plíhala - Kainar, a młodszych pieśniarzy Skácel, Nohavica szukał inspiracji dla swej wielowarstwowej pieśni tytułowej u poety Karla Šiktanca (z tomu "Adam i Ewa"), który nie jest obiektem kultu, natomiast powoli nadchodzi jego czas.

W roku 1995 Nohavica przegrupował pieśni ze swej płyty, dodał kilka nowych i wydał je na płycie pt. "Darmoděj a další" ("Darmodziej i inne"). Dzięki pomocy Karla Plíhala udało mu się w studio poprawić jakość dźwięku. Szkoda, że nie można tego powiedzieć o duchu pieśni. (...)
 

Osmá barva duhy (Ósmy kolor tęczy, 1989)

Pierwotnie taśma, wydana w 1994 roku również na CD, została wydana w pośpiechu i jest prawdopodobnie reakcją na przełamanie lodów i nowe szansy wydawnicze; powtórzono tu m. in. kilka piosenek z "Darmodzieja". A misterna i delikatna liryka "Koszulki" lub "Pieśni pisanej na wodzie" bardziej zabłysnęła w późniejszych wersjach. Ponieważ pamiętam czasy, kiedy donosicielstwo było rzeczą pożądaną i opłacalną, do dziś poruszają mnie "Listy bez podpisu"; natomiast nie wiem, na ile ta pieśń jest czytelna dla generacji, dla której zezwolenie na wyjazd za granicę jest już tylko fikcją.
 

V tom roce pitomém (W tym durnym roku, 1990)

"Oni zmuszają nas, żebyśmy znowu łykali to, co już raz wyrzygaliśmy," stwierdzaliśmy z niedowierzaniem w erze Husakowskiej normalizacji. "Kapitan spił się rumem... pasażerowie wymiotują," śpiewa Nohavica ("Płyniemy na jednym statku"). Dopiero jego pierwsza porewolucyjna płyta mogła być tematycznie otwarta i dzięki temu stała się pierwszym podsumowaniem dotychczasowego życia pieśniarza. Jak mało kto Nohavica umiał z wyczuciem śpiewać o polsko-czeskich i przygranicznych stosunkach w ogóle ("Jacek"), o niedawnych poniżających i smutnych, obowiązkowych manifestacjach ("O Jakubie") albo o odwiecznej traumie rekrutów, którym obcinają włosy ("Kiedy brali mnie do woja"). Każda sytuacja życiowa warta była piosenki. Natomiast dla nastolatków był Nohavica czymś w rodzaju żywego podręcznika historii. (...)

Dopełnieniem portretu Nohavicy z lat osiemdziesiątych są precyzyjne i śpiewne przekłady: własna wersja pieśni Okudżawy o Puszkinie i "Prawda i kłamstwo" Wysockiego w przekładzie Milana Dvořáka. Nawet w zwodniczej kategorii piosenek o własnych dzieciach nie przyniósł śpiewający ojciec Lence i małemu Kubie wstydu ("O Jakubie", "Futbolówka").

Całość jest zestawiona trochę przypadkowo, tytułowa piosenka będąca majestatyczną melodeklamacją też nie jest typowa dla Nohavicy. To mi jednak w przypadku pedanta, który czasem niebezpieczne ociera się o formalną, pomnikową doskonałość Kryla, niezbyt przeszkadza.

...A gwiazda Nohavicy sięga horyzontu kojarząc się z legendą Villona.

Kiedy mi w trakcie "Folkowej karuzeli" w Ostrawie-Porubie w marcu 1982 roku Milan Kaplan powiedział, że będę zapowiadał m. in. występ Jaromíra Nohavicy, przełknąłem ślinę i ruszyłem szukać człowieka, którego teksty pisane dla piosenkarki Marii Rottrowej wcześniej chętnie chwaliłem, ale po raz pierwszy w życiu wolałbym się z nim spotkać w innych okolicznościach. Śpiewający kompozytorzy, a tym bardziej tekściarze, napawają mnie zgrozą. Chyba wszyscy czynią w tym kierunku starania, niektórzy tylko w godzinach nocnych, inni niestety publicznie. Nigdy właściwie nie dochodzi do jawnej kompromitacji; przede wszystkim jednak wieje ze sceny nudą. Większość z nich artykułuje w taki sposób, jakby brali udział w kursach Jiřího Suchego i przerwali po piątej lekcji...
 

Mikymauzoleum (Mikimauzoleum, 1993)

Najmocniejsza płyta Nohavicy zawiera piosenki, których nie zagra żadna rozgłośnia radiowa, chyba żeby któryś z redaktorów chciał szybko zmienić chlebodawcę, proponując w ramach audycji porannej "Mikimauza", bezgranicznie beznadziejny obraz obumierającego związku dwojga ludzi, z bolesnym refrenem "Ranki bym skreślił... miłość bym skreślił". Niektóre wersy Nohavicy są w stanie zaskoczyć niejednego znakomitego autora tekstów i doprowadzić go do przejawów zazdrości lub wyrazów uznania. Czterdziestoletni Nohavica pokonał melodyjną i metaforyczną posuchę, nałogi: alkohol i papierosy, odurzenie sławą - ale tym bardziej uległ mękom rozmyślań o czasie i przemijaniu. Zrozumiał, że eksponat w Śląskim Muzeum w Opawie niewiele się różni od żywego muzyka, którego umieszczono w Sali Sławy (doroczna czeska honorowa nagroda muzyczna - przyp. tłum.) Jeżeli podświadomie marzył kiedyś o tym, by być doskonałym i czytelnym jak Kryl, a jednocześnie być otwartym, rozdającym się publiczności i bezbronnym jak Vladimír Merta, to dzięki "Mikimauzoleum" udało mu się zbliżyć na wyciągnięcie ręki do tej nieosiągalnej, podwójnej roli operowanego i chirurga.

Jakby mimochodem, w rzeczywistości jednak uczciwie, w skromny sposób i bez pośpiechu ewoluuje Nohavica w swych poglądach dotyczących wiary i Boga. Minęły już czasy, kiedy kościół służył mu - podobnie jak u pieśniarza Hutki - jako namiastka władzy, kiedy krytykował w ten sposób komunistyczną biurokrację i samowolę. "Nad głową miał kółko, w ręku dzban", wesoły, jak z obrazków Lady przychodzi do Dolnej Ligoty nowy Bóg z prostych kupletów Nohavicy (Być może jednak ten rodzaj przyśpiewek zmieściłby się w porannej audycji.)

Byłem przygotowany na częściową stratę złudzeń. Hałaśliwa serdeczność w oprawie rudych włosów zapowiadała przerost energii żywiołowego amatora, a serwowane fakty z życiorysu nie świadczyły o skromności, ale o intelektualistycznej pewności siebie, z którą tyle razy miałem do czynienia w światku muzyki popularnej. Poirytowany przeklinałem w duchu lokalny patriotyzm, w ramach którego prezentuje się na dużej scenie każde półtalencie, które odniosło sukces na imprezie organizatorów. (Nohavica przyznał mi się później, że zdawał sobie sprawę z moich odczuć, choć nie pisnąłem na ten temat ani słowa.)...
 

Tři čuníci (Trzy świnki, 1994)

Piosenki o zwierzętach mistrzowsko pisali tacy czescy autorzy jak Suchý, Plíhal czy Skoumal i Nohavica w tym temacie rzadko im dorównuje. Ale "Trzy świnki" mają inny cel. To nie jest płyta dla dzieci, a pod względem energii jest jednym z najbardziej spontanicznych czeskich nagrań koncertowych. Napędem jest przede wszystkim energia wykonawcy, którego w młodości ominęły występy w ostrawskich grupach bigbitowych. Po początkowych wyczekujących "Zającach" przepełnionych nadzieją, "że wszyscy mali będą duzi", Nohavica nabiera rozpędu w "Lwach morskich", rytmicznie rozgrzewa i prowadzi swą radosną, inteligentnie przewidującą publiczność po ścieżkach oryginalnego intonacyjnego komizmu porównywalnego z odkryciami Šlitra. Publiczność śmieje się do łez nie tyle przy wspólnym wykonaniu popularnych "Trzech świnek", ile przy okazji wstępnych ćwiczeń z logopedii (wspólne "rrrrr" w ramach "Metra dla kretów"), podczas których Nohavica upomina śpiewających okrzykiem "Intonujcie!" Nohavica posiłkując się również tekstami i muzyką swego przyjaciela Plíhala i swym starym, niezwykle zjadliwym przebojem "Tramp", buduje nieprzepuszczalną zaporę pomiędzy delikatną ironią a telewizyjną sieczką estradową. Właściwie pokonuje rodzimych showmanów na ich własnym boisku. Jego intonacyjne niedociągnięcia są do przyjęcia, bowiem atutami płyty są: żywość, nieschlebianie tanim gustom i nieprzewidywalność komunikacji pieśniarza ze słuchaczami. To coś więcej niż "One man show". To wieczór niepowtarzalnej publiczności; wliczając w to jednego artystę.

...Nie mogę zapomnieć tego, co się działo później. Również dlatego, że doświadczyłem tego jeszcze nie jeden raz w trakcie występów Nohavicy (choć nie zawsze), po raz ostatni parę dni temu na festiwalu "Letorost". Więc jeśli próbuję teraz w paru słowach opisać fenomen Nohavicy, powinienem uczciwie przyznać, że wówczas w Ostrawie w trakcie pieśni Okudżawy "Puszkin" i skomponowanego przez Nohavicę "Kiedy brali mnie do woja" nie byłem w stanie niczego analizować...
 

Divné století (Dziwne stulecie, 1996)

W brneńskim programie telewizyjnym powiedział: "Dlaczego nie gram sam na tej płycie? Bo tak jest przyjemniej." Nohavica z trudem referuje o swej twórczości. Niezbyt naturalnie prezentuje się również - poza sferą muzyczną - w ramach publicznych wystąpień. (To być może wyjaśnia chwiejność jego kreacji aktorskiej w filmie Zelenki "Rok diabła", zwłaszcza w porównaniu z naturalnym aktorstwem Plíhala.) Biorąc pod uwagę nieustanne profesjonalne dążenie Nohavicy do doskonałości myślałem, że świadomy własnych niedociągnięć na polu wirtuozerii muzycznej, a także pamiętając czyste brzmienie "Mikimauzoleum", ponownie powierzy aranżacje i akompaniament znakomitemu gitarzyście Plíhalowi. Nieoczekiwanie jednak w studiu nagraniowym spotkali się muzycy skupieni wokół autora aranżacji i muzyka Víta Sázawskiego. Udało im się uchwycić różnorodne klimaty zawarte w muzyce i tekstach Nohavicy i stworzyli wielobarwny projekt, który mógłby dzięki swym najlepszym przebojom propagować odwieczną bliskość narodów Europy. (Przede wszystkim w śląsko-polsko-żydowsko-niemieckiej "Cieszyńskiej" z towarzyszeniem stylowych skrzypiec ojca Nohavicy i cohenowskim "Danse macabre" z towarzyszeniem rodowego akordeonu "heligonki".) Faktem godnym uwagi jest to, ile wpływów muzycznych jest w stanie przyswoić i na ile sposobów umie się Nohavica starzeć w swych piosenkach: jako swojski górnik ("Kiedy odwalę kitę"; współautorem tekstu jest Pavel Dobeš), jako chiński mędrzec ("Starszy pan") i błąkający się samotnik ("Podziemne źródła").

...Moją duszę wypełniła radość w tej cichej, pokornej przestrzeni, która jakby tworzyła się nie wewnątrz pieśniarza, ale wokół niego. Nie miało to nic wspólnego z uniesieniami wywoływanymi przez takie pieśniarki jak Dáša Andrtová lub Iva Bittová, bardziej może z głębokim półmrokiem pieśni Merty lub Janoty. Pieśniarz na scenie był w odróżnieniu od swego drugiego, nadpobudliwego ja z garderoby kwintesencją prostoty, jakby znowu ożyły i uśmiechały się do nas ludowe pieśni z czasów, kiedy nazywano je jeszcze narodowymi...
 

Koncert (1998)

Kontynuacją nadzwyczajnej pod względem aranżacyjnym współpracy Sázawskiego, Jaromíra Nohavicy & Kapeli jest 23 przebojów, które tworzą razem 72 godnych podziwu muzycznych minut. Nie tylko wstępna piosenka "Dopóty żyję, dopóki śpiewam i gram" brzmi zupełnie inaczej niż w czasach, kiedy śląskiemu bardowi nie pozwalano śpiewać; cała płyta mogłaby mieć podtytuł Nohavica dla instrumentalistów. Poza piosenkami z "Dziwnego stulecia" wszystkie mają nowe, interesujące brzmienia, o niezwykłej miejscami sile oddziaływania. Dzięki akordeonowi "heligonce" w piosenkach pobrzmiewa nuta autentycznej rubaszności ("Mecz", "Kiedy brali mnie do woja"), kiedyś niezwykle odważna antyubecka "Ścigają mnie" staje się westernowym country przebojem, fortepian, a przede wszystkim obój odkrywają muzyczną atrakcyjność "Darmodzieja". Perłą na płycie "Koncert" jest dzięki odkrywczemu wykorzystaniu skrzypiec, kalimby i fujarki "Pieśń pisana na wodzie". Dawny podziw dla japońskich przekładów Bohumila Mathesiusza teraz umożliwia nam penetrację najskrytszych zakątków wrażliwości Nohavicy.

...Uroczysta cisza na sali uzmysłowiła nam, jak bardzo nas wszystkich Nohavica poruszył. Takie wilgotne oczy miałem tylko raz w Velkiej nad Veličką, kiedy przez scenę powoli kroczyli w strojach regionalnych dorośli, dzieci i starcy. Nigdy nie byłem dumny z tego, że jestem Czechem i nigdy się tego nie wstydziłem. Po prostu człowiek gdzieś należy. I ja chyba w takich chwilach wiedziałem, gdzie jest moje miejsce...
 

Moje smutné srdce (Moje smutne serce, 2000)

Drapieżność płyty "Mikimauzoleum", która powoli rozmywa się na kolejnych czterech płytach, niektórzy słuchacze utożsamiają z jakością. Piosenki Nohavicy powinny do nas docierać momentalnie, a tu okazuje się, że "Moje smutne serce" nie ma tej siły oddziaływania. Pierwsze wrażenie jest takie, że pieśniarz nie trzyma nas w napięciu, a Sázavský zdecydował się na zbyt kameralne i oszczędne aranże. Dopiero kiedy słuchałem tej płyty uważnie i po parę razy, dotarło do mnie, że "już wiatr uśmierzył rany, a po długiej nocy nadszedł ranek" ("Każdy niesie swój ciężar"). Nohavica dzięki dotychczasowym płytowym spowiedziom złamał kilka obręczy swego sumienia. Natchnieniem są dla niego nawet takie "zwykłe" sprawy jak wspomnienie ("A Władek Merta grał nam bluesa"), miłość ("Jesteś piękna jak winorośle zielone, kiedy ziemia łączy się z płonącym nieboskłonem") i wiara ("I dzięki odwadze urodziła chłopca jak obrazek / Maria Maria Panna hosanna, po wszystkie czasy sama").

Nohavica w sposób wyjątkowy łączy modlitwę z wyznaniem miłości w piosence "Jak jeleń spragniony wody", będącej wariacją na temat psalmu 42. Wśród miłosnych piosenek błyszczy znana "Koszulka", której wersy śmiało mogą konkurować z kryształową prostotą poezji ludowej. Kto ma talent i szczęście, być może skomponuje podobne cacko raz w życiu. No i piszą już o Nohavicy prace magisterskie. Nawet w Szwecji.

Jiří Černý, przekład i skróty: Renata Putzlacher


biografia
v
ideo TV
v
ideo archiwum

jarek i polska
artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line