JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


ARTYKULY
 

Jaromir Nohavica - na scenie i ekranie

Gazeta Wyborcza, wydanie "Gazeta w Krakowie", 20. 11. 2003

Tak się stało, a stało się tak cudownym zbiegiem okoliczności, że początek tygodnia należał w Krakowie bezsprzecznie do czeskiego barda - Jaromira Nohavicy. Najpierw - poniedziałkowego wieczoru - dał wspaniały koncert w Klubie Garnizonowym, następnego dnia można było obejrzeć w kinie Mikro film "Rok diabła" Petra Zelenki, z nim w roli głównej

Jaromir Nohavica to postać niezwykła, pełna uroku i charyzmy. Jest, z jednej strony - ogromnie bezpośredni, natychmiast nawiązujący intymny kontakt z słuchaczem, z drugiej - jakby posiadający w sobie jakąś nieodgadnioną tajemnicę. Już po kilku piosenkach jest "nasz", jednocześnie pozostając "swój". Poza wspaniałymi piosenkami i jakże uroczą konferansjerką - pełną dowcipu, ironii, ale i życiowych prawd, zresztą jak cała jego twórczość - pozostały mi w pamięci z koncertu dwa zdarzenia.
 

Ja tu jestem kierownikiem

Najpierw z jego początku, kiedy wyprosił ekipę telewizyjną szwendającą się, a przez to rozbijającą nawiązujący się ów intymny nastrój między pieśniarzem a publicznością. - Nie wiem, czy państwo wiecie - zwrócił się do członków ekipy - ale ja tu gram koncert dla moich starych i nowych przyjaciół. Śpiewamy sobie tak tu wspólnie troszeczkę, a państwo tak chodzicie tam i z powrotem... A pani, niech popilnuje drzwi i nie otwiera nikomu - zwrócił się, przy aplauzie sali, do stojącej obok drzwi słuchaczki.

I drugie zdarzenie, z końca koncertu. "Jak on sobie poradzi z ogromną owacją, którą recital na pewno się skończy. Chyba będzie bisował do białego rana" - pomyślałem. I poradził sobie. - Zaśpiewam na bis dwie piosenki. Jedną wesołą i jedną smutną. Taką podjąłem decyzję, bo przecież ja tu jestem kierownikiem. I tak będzie - zwrócił się do publiczności. I tak było. Publiczność nagrodziła go kolejną porcja braw i zrozumiała, że artysta jest zmęczony i to już koniec recitalu.
 

Na scenie

Urodził się w Ostrawie przed pięćdziesięciu laty. Twórczość artystyczną rozpoczął od pisania tekstów dla innych wykonawców. Dopiero w 1982 roku - namówiony przez przyjaciół - po raz pierwszy wystąpił przed publicznością. I od tego recitalu zaczęła się jego wielka kariera. Do tej pory nagrał dziewięć płyt. Wszystkie rozeszły się w olbrzymich nakładach. Ostatnia, zatytułowana "Babilon", ukazała się przed kilkoma dniami jednocześnie w Cechach, na Słowacji i w Polsce. Ma w repertuarze blisko 200 skomponowanych i napisanych przez siebie piosenek. Kiedyś, podczas koncertu w Helfstynie, który trwał dziewięć godzin, ponoć wykonał je wszystkie.

W Krakowie zaśpiewał blisko trzydzieści. Te najnowsze, pochodzące z płyty "Babilon" - solo, i te starsze, z słynnym "Sarajewem", "Darmodziejem", "Jaskółko fruń", "Kometą", "Mikimauzoleum", dedykowaną żonie "Koszulką" na czele - z towarzyszeniem tłumnie zebranej publiczności.

Jaromir Nohavica śpiewa o tym wszystkim, co w naszym życiu najważniejsze, o prawdzie, miłości, przyjaźni, upływie czasu. Czyni to z punktu widzenia zwykłego człowieka, jego codziennych radości i trosk. W jednej ze swych nowych piosenek, mającej formę przejmującego listu do prezydenta republiki, jej bohater dzieli się z głową państwa swymi nie tylko socjalnymi problemami, a także tym, że dzieci już prawie o nim zapomniały. Niech pan pomoże, panie prezydencie, przecież pan wszystko może...

Uchodzący za "przedrewolucyjną, dysydencką legendę" czeski bard, śpiewa często o polityce. Ale nie czyni tego wprost, a poprzez człowieka właśnie. Jak w piosence "Jacek", w której opowiada o swym polskim przyjacielu, mieszkającym po drugiej stronie Olzy, w polskim Cieszynie, z którym nie może się spotkać, pogadać, napić piwa, kiedy chce, bo dzieli ich państwowa granica, czy w przejmującym, przepięknym, pełnym ukrytego dramatyzmu "Sarajewie".

"Jeszcze płonie ogień i szumi drzewo/ a przed nami noc i sen/ za najbliższym wzgórzem jest Sarajewo/ tam jutro miła pobierzemy się" (tłum. Renata Putzlacher). Słuchając tej miłosnej pieśni, myślimy przecież o tym, co się stało w tym mieście, na początku i na końcu ubiegłego wieku.

W swych piosenkach Nohavica łączy w jedno sprawy ważne i błahe, nastrój powagi miesza się tu z żartem, tonacja serio z dowcipem i przymrużeniem oka. Takie są jego piosenki. Takie jak nasze życie.
 

Na ekranie

"Rok diabła" Petra Zelenki to film przedziwny. Utrzymany jest w poetyce tzw. fałszywego dokumentu, czyli opowiadającego fikcyjną historię autentycznego bohatera. To formuła niezwykle w Czechach popularna. Kiedyś na krakowskim festiwalu pokazano podobny dokument o pewnym czeskim wynalazcy, który skonstruował... Karela Gotta.

Ten film opowiada o wspólnym tournee Jaromira Nohavicy z zespołem Czechomor, które odbyło się latem 2000 roku. Akcja rozpoczyna się w odwykowym ośrodku AA, do którego trafił Nohavica wraz ze swym przyjacielem, także popularnym czeskim bardem - Karelem Plihalem, który nagle i znienacka przestał mówić. Wszystkie te zdarzenia utrwala na taśmie Jan Prent (Jan Holman), holenderski dokumentalista, który pod koniec filmu także trafia - jako pacjent - do wspomnianego ośrodka. Jest jeszcze demoniczny Jaz Coleman, londyńczyk mieszkający w Nowej Zelandii, mający na swym koncie udział w różnych zwariowanych przedsięwzięciach muzycznych - od postpunku po klasykę.

W "Roku diabła" dokumentalna prawda miesza się ze zmyśleniem, tonacja serio z purenonsensowym żartem. Ale jest w nim także pewna życzliwość, delikatność, ciepło wobec człowieka. Jak to w czeskim kinie. Jak w piosenkach Jaromira Nohavicy. "Na wozie raz, raz pod wozem, ot krakowski targ/ trzymałem ręce i sto razy skręcałem kark/ gdyby zleciały się sępy swe ciało im dam / bo dopóki żyję śpiewam i gram" (tłum. Renata Putzlacher) - śpiewa w "Dopóty żyję, dopóki śpiewam i gram".

Jerzy Armata


biografia
v
ideo TV
v
ideo archiwum

jarek i polska
artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line