Jarek a
sprawa polska
Opublikowała Ysabell w dniu 24 marca, 2008
Jakieś dziesięć lat temu,
będąc (wstyd się przyznać?) jeszcze w szkole podstawowej,
zdarzyło mi się obejrzeć w telewizji benefis grupy Pod
Budą. Było to jeszcze w czasach, kiedy telewizja
publiczna nie trąbiła tyle o posiadaniu “misji”, ale za
to nadawała takie rzeczy w godzinach dostępnych
młodzieży szkolnej.
Na tymże benefisie (odbywającym
się zresztą tradycyjnie w Teatrze Stu) zdarzyło się coś,
co sporo zmieniło w moim życiu zarówno kulturalnym jak i
osobistym. Oto bowiem Andrzej Sikorowski zapowiedział
naszego sąsiada z południa, który tam - za Olzą -
zdobywa złote i platynowe płyty, a tu - u nas - jest
kompletnie nieznany, a następnie na scenę wszedł Jaromír
Nohavica. Zaśpiewał dwie piosenki (do dziś pamiętam -
Sarajevo i Až to se mnu sekne) i oczarował nas
wszystkich (mnie i moich rodziców). Na programie
telewizyjnym zapisywałam to dziwne nazwisko żeby nie
zapomnieć…
Nie zapomniałam. Od
tamtej pory byłam na sześciu jego koncertach, mam
wszystkie płyty, kilka książek z tekstami (i nutami) i
regularnie zaglądam na jego
stronę internetową. Jeśli dodać do tego fakt, że “na
Nohavicę” poderwał mnie mój aktualny Narzeczony, chyba
już nikt się nie zdziwi, że chciało mi się opuścić
ciepły dom i pojechać do dalekiego Poznania na koncert
Jaromira Nohavicy. Nie zawiodłam się…
Mimo tego, że koncert
poznański powiązany był z promocją nowej płyty Nohavicy
(Ikarus)
i mimo tego, że płytę tę kupiłam kiedy tylko się dało (czyli
jeszcze przed wejściem na salę) nie będzie to notka o
“Ikarusie” ale luźne wrażenia z koncertu (16.03.2008,
Poznań, CK Zamek) przeplatane wspomnieniami. Zebrało mi
się na rozpamiętywanie, więc lojalnie ostrzegam -
możliwe, że ta relacja będzie strawna tylko dla
pasjonatów…
Zamek
Zupełnie nie znam
Poznania, więc nic mi nie mówiła nazwa
Centrum Kultury Zamek. Z początku. Wkrótce po
kupieniu biletów dowiedziałam się, że mieści się ono w
zamku właśnie. Prawdziwym - no, prawie prawdziwym.
Poznański zamek cesarski wygląda właściwie jak pałac,
ale nie zwracajmy uwagi na drobiazgi - ważne, że jest
prześliczny, zwłaszcza w nocy z uroczą iluminacją.
Muszę przyznać, ze nigdy
jeszcze nie słuchałam Nohavicy na takiej sali -
większość koncertów, na jakich byłam odbywała się w
łódzkiej Przechowalni, którą bardzo kocham, ale
przyznaję, że nie da się tam na koncertach oddychać… W
Zamku się dało - bardzo cenne doświadczenie.
Publiczność dopisała -
duża sala (na moje oko - kinowa) zapełniła się
całkowicie, a część widzów musiała stać. Na szczęście
nam udało się przyjść na tyle wcześnie, że miejsca
jeszcze były.
Bardzo cieszy mnie
przekrój wiekowy widowni na koncertach Nohavicy - tutaj
na moje oko co najmniej od lat 6. do 60. - a także to,
że nie tylko rodzice przyprowadzają dzieci, ale też
dzieci rodziców. Wszystko to razem daje bardzo
sympatyczną atmosferę, którą chłonę z prawdziwą radością,
bo wiem, że na następne doświadczenie będę musiała
czekać aż Jarek znowu przyjedzie do Polski.
Jarek
Mam do Jaromira Nohavicy
stosunek bardzo osobisty. Trochę dlatego, że bez niego
mój Mąż Elekt musiałby usiłować poderwać mnie na
Kaczmarskiego i kto wie co by z tego było dalej, ale
dużo bardziej dla tego co śpiewa. Nie sądzę, żeby
śpiewał lepiej, mądrzej i ciekawiej od innych wykonawców,
których słuchuję.
Podejrzewam, że różnica
tkwi w języku. Nie znam zbyt dobrze czeskiego, a
piosenki Nohavicy zmuszają mnie do “wgryzienia się” w
obcojęzyczny tekst aż do (przynajmniej częściowego)
zrozumienia. Może się to wydawać dziwne, ale dużo
dokładniej słucham tekstów Nohavicy niż pieśniarzy
śpiewających po polsku. Możliwe, że dlatego tak bardzo
lubię jego piosenki.
Jakby jednak tego nie
tłumaczyć, jest dla mnie w Jaromirze Nohavicy coś, co
każe mi myśleć (a przez to i mówić) o nim per “Jarek”
albo (w najlepszym wypadku) “Jaromir”. I może nie byłoby
w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że o znaczącej
większości moich “idoli” myślę i mówię per “pan”, a już
na pewno po nazwisku… Ale Jarek? Jarek jest wyjątkowy
Darmoděj…
Pierwsza piosenka -
pierwsze wrażenie. Na poznańskim koncercie pierwsze
wrażenie rozciągnęło się na dwie piosenki. Powitał nas
Darmoděj - wyraźnie znany i bardzo przez polską
publiczność lubiany. Zaraz po nim zabrzmiała piosenka z
nowej płyty - Já si to pamatuju.
Dziwnie słucha się na
koncercie nowych piosenek po czesku - jednak trudno jest
z marszu zrozumieć o co w tym chodzi. Taka sytuacja
rodzi u mnie albo pełne skupienie, w którym trochę jest
próby zrozumienia tekstu, a wiele więcej chwytania
nastroju, albo pewne zdystansowanie, kiedy myśl krąży
swobodnie, a piosenka płynie trochę poza świadomością. W
tym wypadku zaszło to pierwsze.
Teraz - po tygodniu od
tamtego koncertu - wiem już dobrze o czym jest Já si to
pamatuju. Wtedy doszły do mnie w zasadzie tylko dwie
rzeczy - za to każda bardzo silnie. Pierwsza, dość
oczywista, powiedziała mi na jak trudny temat Jarek
śpiewa - jeden malutki urywek (niezbyt wyrafinowany, za
to w pełni zrozumiały dla osoby niewładającej czeskim):
“Já o tom něco vím, | zasrané STB“. Nie wiem czy wiesz o
perypetiach Nohavicy z lustracją? Nie wiem jak wiele
wiesz o jego “współpracy” z STB (czechosłowackim
odpowiednikiem polskiej SB) i o oskarżeniach o tę
współpracę? Ja wiem na tyle mało, że używam cudzysłowu
wokół współpracy i na tyle dużo, żeby “zasrané STB” mnie
mocno kopnęło.
Drugie kopnięcie tej
piosenki jest nieco bardziej subtelne (trochę napisał o
tym, w swojej
recenzji “Ikarusa” Jacek Borowski) - w pewnym
momencie Jarek zaczyna powtarzać ostatnie sylaby wersów
- tworzy to bardzo niepokojący rytm. Na początku nie
miałam pojęcia dlaczego te, teoretycznie bezsensowne,
fragmenty tak mnie elektryzują. Dopiero na samym końcu
powtórzenie ostatniej sylaby jest bardzo wyraźne:
“ta-ta-ta taaa-taaa-taaa ta-ta-ta”, trzy krótkie, trzy
długie, trzy krótkie. Tak kończy się ta piosenka.
I chyba lepiej już nie
umiem przybliżyć pierwszego wrażenia z tego poznańskiego
koncertu…
…a další
A potem potoczyło się
dalej. Przez dwie godziny Nohavica zagrał co najmniej 24
utwory (tyle naliczyłam przypominając sobie koncert w
domu - zbyt późno, aby ufać swojej pamięci), począwszy
od tych “klasycznych” z pierwszej płyty (Kometa,
Darmoděj, Zítra ráno v pět, Dokud se zpívá) na tych
najnowszych (Já si to pamatuju, Ty ptáš se mě, Píseň o
příteli, Ježíšek, Co se to stalo, bratříčku, Ona je na
mě zlá) skończywszy.
Jak to zwykle na
koncertach “Składankowych” piosenki były bardzo różne -
zarówno w nastroju, jak i tematyce. Sam Nohavica
twierdzi, że są utwory, które będąc w Polsce zagrać musi
- w Poznaniu po tej zapowiedzi usłyszeliśmy Metro pro
krtky.
A skoro już jestem przy
piosenkach dla dzieci (poza Metrem był jeszcze Hlídač
krav), to na tym koncercie tylko one wciągnęły
publiczność do wspólnego śpiewania. No, jeszcze wykonane
pod koniec Dokud se zpívá. Dla mnie jest to o tyle
dziwne, że przyzwyczajona jestem raczej do publiczności,
która przynajmniej stara się śpiewać razem z wykonawcą.
W niedzielę tak nie było. Swoją drogą dość trudno jest
skłonić polską publiczność do śpiewania. Jarek to umie,
z tym że (jak widać) nie zawsze.
Oczywiście poza
piosenkami z Trzech świnek i innymi “zabawnymi” (takimi
jak Fotbal, który swoją drogą spotkał w Czechach taki
sam los jak u nas W Polskę idziemy) sporo usłyszeliśmy
nastrojowych ballad. Było moje ukochane Sarajevo (to,
które pokochałam dekadę temu), była Kometa (to z kolei
faworytka mojej Matki), była świetna Mařenka.Były też
dwa spośród Jarkowych erotyków: Zatímco se koupeš i
Košilka.
Bardzo duże wrażenie
wywarł na mnie Plebs blues. Nie pamiętam, czy słyszałam
go wcześniej na żywo - na pewno nie w tej aranżacji.
Z kolei Pane prezidente
na pewno już na koncercie słyszałam i to chyba nie raz.
Ale to wcale nie znaczy, e zrobiła na mnie mniejsze
wrażenie niż przedtem. Bardzo kocham tę piosenkę. Prawie
tak jak Sarajevo.
Nie zabrakło też piosenek
po polsku. Nohavica nie tylko pięknie mówi w naszym
języku, ale równie pięknie wykonuje w nim swoje utwory.
Usłyszeliśmy więc Petersburg w tłumaczeniu Tolka
Murackiego z karkołomnym “Już z rżeniem czterech koni” i
Gwiazdę w przekładzie Renaty Putzlacher, znaną już z
płyty Doma.
Najciekawszym za to
punktem wieczoru była aria z opery Così fan tutte -
oczywiście w czeskim przekładzie Jaromira Nohavicy -
niestety nie znam jej na tyle dobrze, żeby powiedzieć
która to była aria, ale już żałuję, że nie dane mi
będzie wysłuchać całości. Oczywiście nie twierdzę wcale,
że Jarek ma warunki do śpiewania arii operowych, ale
poradził sobie z tym zadaniem bardzo dobrze, a ja mogę
teraz patrzeć z góry na mojego Ojca - miłośnika opery.
Takiego rodzynka, to on jeszcze nie słyszał…
Dokud se zpivá…
Jeśli nigdy nie byłeś na
koncercie Jarka, należy Ci się zdanie wyjaśnienia:
Nohavica jest showmanem. I ani nie mówię tego złośliwie,
ani nie w sensie negatywnym. Po prostu utrzymuje
doskonały kontakt z publicznością, kokietuje ją, zabawia
i potrafi doskonale zaprezentować siebie - artystę, było
nie było, słowa - i swoje piosenki obcojęzycznej
publiczności. Taki koncert to naprawdę niesamowite
doświadczenie - czuj się kuszony.
Talent ten zaprezentował
również w Poznaniu. Mogliśmy się dowiedzieć, że podobał
mu się Stary Browar, że kupił sobie Piórka Sztaudyngera
i że musi zaraz po koncercie wracać do Czech (to
ostatnie wywołało zrozumiałe niezadowolenie
publiczności). Oczywiście to nie wszystko. Najlepiej z
nas wszystkich zapamięta pewnie koncert pewien nie do
końca dorosły Mateusz, z którym Jarek rozmawiał ze
sceny.
A ja? Na pewno będę ten
koncert bardzo miło wspominać - przede wszystkim, jako
pierwszy, na którym byłam z Mężczyzną Mojego Życia
(poznanym trochę dzięki Jarkowi). Poza tym - jak zwykle
zresztą - ta chwila oddechu na koncercie Nohavicy
pozwoliła mi odetchnąć i poukładać sobie różne rzeczy we
właściwym porządku. Nie bronię się, kiedy czasami moje
myśli zaczynają odpływać od muzyki - te przemyślenia i
porządek w głowie to też dobra pamiątka z koncertu.
I już czekam na następną
okazję - z nadzieją na zaległy autograf.
Joanna Filipczak
Źródło |