|
Dzisiaj
rozpoczynamy polsko-czeski projekt, który potrwa
do początków grudnia. Codziennie będziemy
zamieszczać na stronach czeskich i polskich
fragmenty pieśni z mającego się ukazać pod
koniec listopada tego roku podwójnego albumu CD
„Świat według Nohavicy „
Po kliknięciu
na zdjęcie wykonawcy- ukaże się duże zdjęcie,
kiedy klikniecie na nazwisko wykonawcy- pojawi
się jego życiorys, kliknięcie na nazwisko autora
przekładu - pokaże tekst pieśni |


|



Jarku – bracie!
Korzystam z tej okazji, by napisać
do Ciebie kilka słów, które tak trudno się mówi, kiedy
dookoła pełno ludzi, a - uczucie pośpiechu - nie pozwala
na serdeczną i szczerą rozmowę.
Ludzi wiele może łączyć. Czasem
zdarza się, że jest nam bliski ktoś, kogo w obiegowym
pojęciu - nie znamy. Nasza znajomość to przecież jedno
spotkanie w Filharmonii i jedno na bankiecie. Zanim
zetknęliśmy się miałem uczucie, że znamy się dawno i –
to bardzo dobrze. Tak też się przecież przywitaliśmy!
Bez „ą, ę” – jakby było oczywiste, że kiedyś i tak
musielibyśmy się spotkać. Miałem to poczucie z prostej
przyczyny - zetknąłem się z Twoją opowieścią o świecie
zanim się zobaczyliśmy. A - przede wszystkim -
przyswoiłem sobie Twój utwór, który - choć pisałeś o
sobie - (poza paroma szczegółami) - jest także piosenką
o mnie!
Jak to zwykle bywa, przypadek (i „sprawca” - Tolek
Muracki) pozwolił mi na kontakt z Twoim pięknym, jasnym
komunikatem. Cieszę że żyjemy w tym samym świecie.
Dziękuję Ci.
Tadeusz Woźniak
PS Jest to najbardziej „cwana”
piosenka o miłości, jaką znam.

O JAROMIRZE NOHAVICY I O „KOMECIE”
O Jarku Nohavicy dowiedziałem się
przed wieloma laty od redaktora muzycznego Polskiego
Radia w OLSZTYNIE Ś.P. Andrzeja Śleszyńskiego , który
powróciwszy chyba z Warszawy , z koncertu Jaromira był
Nim i przez Niego zaczarowany . Mijały lata , wpadła w
moje ręce płyta DVD z filmem „Rok Diabła” . Coraz więcej
piosenek Jaromira zaczęło mnie otaczać m.in. za sprawą
Tolka Murackiego , zafascynowanego twórczością i
tłumacza tekstów wielu Jego piosenek.
W roku ubiegłym (2007 r.) Tolek
podzielił się ze mną pomysłem stworzenia płyty z
piosenkami Jaromira śpiewanymi po polsku i przez
polskich wykonawców . Pomysł od początku wydał mi się
wspaniały , bo i mnie jego piosenki , po każdym
słuchaniu coraz bardziej wydawały się bliskie , mądre i
piękne . Muzyczna prostota wspaniale przylegała do słów
i sensów oraz do poetyckiej przestrzeni , która dla mnie
jest najcenniejsza i znajduje się między nimi.
I wtedy nieoczekiwanie Tolek ni
stąd i zowąd zaproponował mi zaśpiewanie na potrzeby
wydawnictwa (CD) piosenkę „KOMETA” , w dopiero co
powstających tłumaczeniach , które wtedy jeszcze nie
były gotowe i powstawały w kilku miejscach u różnych
tłumaczy . Zaczęły napływać wersje , które nie oddawały
poetyckiego napięcia , a ja w międzyczasie przesłuchałem
„KOMETĘ” w języku czeskim , którego nie znam , ale za to
w wykonaniu Jaromira . Piosenusia zgrzebna , taka którą
zagrać każdy może . Na 5-ciu akordach położony tekst w
klasycznym balladowym stylu . Tak ją usłyszałem . I
nagle wieczorem drogą internetową Tolek daje mi znać ,
że jest polski tekst , bardzo pięknie oddający czeską
wersję „Komety” . Mam ten tekst przed oczami i nagle w
głowie słyszę zupełnie inną piosenkę . Natychmiast
próbuję ją śpiewać , ale jest wieczór , więc zostawiam
sprawę do jutra . Następnego dnia rano dzwonię do Tolka
i umawiam się na termin nagrania . W czasie pracy nad
piosenką odkrywam bardzo muzykalnego Jaromira , ale
tekst jest przecież najważniejszy . Więc wchodzę weń
coraz głębiej i odnajduję tam teren uporządkowany i pod
kontrolą autora . Powstają napięcia wywołujące ciarki na
plecach . Jest już gotowy wstępny aranż więc mogę
nagrywać , mam do czego śpiewać . Rejestruję wersję , z
której jestem dość zadowolony ... oddałem chyba ducha
piosenki Jarka – tak myślałem . Poprosiłem by po
wstępnym zgraniu Tolek przysłał mi nagranie . W domu zaś
słucham w międzyczasie innych piosenek Jarka . Powstają
piosenki w wykonaniu Elżbiety Wojnowskiej , Stasia Sojki
, Artura Andrusa , Tolka Murackiego , Andrzeja
Sikorowskiego i innych ... słucham jeszcze raz „KOMETY”
w wersji koncertowej i ... słyszę , że zarejestrowałem
melodię ... ale nie Jarkową ! Przetworzyłem ją i
zawinąłem jakoś po swojemu . Tak być nie może ! Zacząłem
pracę od początku . Ułożyłem frazy muzyczne tak by były
jak u Jarka (bo przecież nie chodziło o to bym stworzył
swoją wariację „na temat” , ale bym pokazał Jarka
polskim słuchaczom , takim jaki jest w swoich piosenkach)
. Przepracowaną piosenkę zarejestrowałem po raz drugi w
studio w Warszawie , pilnując rzetelnie frazowania i
pulsowania muzycznego . Po powrocie do Olsztyna w domu
odsapnąłem . Ale nie czułem się pewnie . To co
zarejestrowałem nie dawało mi spokoju . Po kilku dniach
byłem z zespołem w trasie i jechaliśmy przez Warszawę ,
więc zajechaliśmy do Tolka . Poprosiłem i Tolek puścił
ostatnie nagranie ... . Zaśpiewałem rytm , melodię ,
oddechy ... ale nie było najważniejszego !!!!!!! TEKSTU
!!!!!!! Powiedziałem Tolkowi , że przyjadę jeszcze raz
do studia . Jak będę gotowy dam znać.
Zacząłem śpiewać „KOMETĘ” na
koncertach . Powoli zaczęła wyłaniać się „piosenka”.
Zaczynałem mieć coś swojego do opowiedzenia . Powoli
przenikało mnie co ukrył w słowach i pomiędzy nimi
Jaromir . Prosto lecz z filozoficzną głębią opowiedział
historię ludzkości . Jak zaśpiewać taki tekst ? Po
czterech miesiącach zgłosiłem się do Tolka. Jestem gotów
. Przyjechałem do niego do domu – tam też ma studio .
Zaśpiewałem . Odczuwam spokój i pokorę . Jaromir
Nohavica jest cennym bardem nie tylko dla Czechów, jest
wielką wartością dla nas Polaków . Pisze o świecie który
nas otacza, o ludziach którzy mieszkają zarówno w Brnie
jak i w Olsztynie.
Cieszę się , że śpiewam „KOMETĘ” . To WAŻNA piosenka
wśród piosenek moich i zespołu CZERWONY TULIPAN .
Stefan Brzozowski

Moje spotkania z Jarkiem - tak
osobiste, jak i związane z jego twórczością - są
okazjonalne i połączone głównie z praktyką zawodową jako
tłumacza oraz wykonawcy. Pamiętam jednak to pierwsze.
Jarek był wtedy gościem i „gwiazdą” organizowanego
rokrocznie przez Piotra Bakala i SLM BALLADĘ -
Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki Autorskiej –
festiwalu „bardów”. Wówczas oba te wstawione w
cudzysłowy wyrazy miały jeszcze stare znaczenia, których
miarą była wyjątkowość i coś w rodzaju kredytu
społecznego. Dziś robi się dziwnie gdy pomyśleć, że nie
było to wcale tak dawno. Tym nie mniej symptomy choroby
dawały się już odczuć. Stąd długie nocne rozmowy w
klubie festiwalowym przy piwie i wodzie mineralnej. Nie
ma co ukrywać, że w typowo polski sposób narzekaliśmy.
Byliśmy jednak rozgoryczeni, że OPPA - jeden z
największych polskich festiwali odwołujących się do
bardziej skomplikowanej wrażliwości niż zespół Ich Troje
- w raz z całym środowiskiem twórców i słuchaczy - jest
sukcesywnie wypierany na margines kultury przez wolne
media, nawet te z misją. Mówiliśmy, że piosenka autorska
i poetycka, która przez lata kształtowała sumienia
polskiej inteligencji zaczyna być (miłe złego początki...)
traktowana jako wstydliwy spadek po komunie, bez racji
bytu w nowej, wolnorynkowej krainie szczęśliwości. Jarek
przysłuchiwał się temu z nad szklanki krystalicznie
czystej wody z lekkim zdziwieniem i zakłopotaniem, co
musiało wreszcie sprowokować fundamentalne w takich
razach „A jak to jest u was?”.
Wtedy okazało się, że w niewielkim,
sąsiedzkim kraju ludzie chcą słuchać niegłupich piosenek
w swoim własnym języku, a media publiczne im tego nie
utrudniają. Przeciwnie, starają się wspomagać i
rozbudzać te aspiracje. Wówczas po raz pierwszy dotarła
do mnie zamiatana u nas pod dywan megalomanii prawda:
Kulturalny naród to wcale nie taki, który wydaje z
siebie wielu artystów dużego formatu, ale taki w którym
wielka procentowo liczba ludzi chce owych artystów
słuchać, oglądać i czytać. I tę lekcję odrobiłem dzięki
Jarkowi.
Andrzej Ozga

Kiedy pierwszy raz spotkaliśmy się
po koncercie Jaromira w radiowej "Trójce", Jarek
powiedział mi, że uczył się na moich piosenkach, co
uznałem za miły ale dosyć bezczelny komplement ponieważ
jesteśmy prawie rówieśnikami, ale wtedy w studio im.
Agnieszki Osieckiej wydarzyło się coś o wiele bardziej
ważnego dla mnie - zobaczyłem na żywo, bo piosenki
poznałem wcześniej, kogoś kto niezależnie co śpiewa ma
bezustanny kontakt z zakochaną w nim widownią a to dla
artysty największa nagroda za " bóle" i " męki "
tworzenia.
Kiedy więc dowiedziałem się, że powstaje płyta złożona z
jego piosenek tłumaczonych
na język polski poprosiłem o PANIE PREZYDENCIE. Do
tekstu podchodziłem ponad
rok ponieważ rzeczywistość opisana u Jaromira nie
przystawała do mojej a zbytnia dosłowność w przełożeniu
tej piosenki trąciłaby fałszem, dlatego po długim
zastanawianiu się postanowiłem tekst poświęcić mojemu
prezydentowi, tym bardziej, że muzyka pasowała
do obu.
Dalej to już była łatwizna, tylko pół roku zastanawiania
się i tekst był gotowy.
I bardzo się cieszę , że znajdę się na tej płycie.
Krzysztof Daukszewicz

Nie wiem dokładnie, kiedy po raz
pierwszy zetknęłam się z twórczością Jaromira oraz z nim
samym. Na pewno było to w Warszawie i na pewno nie
przypuszczałam wtedy, że będę śpiewać jego pieśni.
Rodzice przywieźli parę płyt kupionych w Czechach, tata
zaczął tłumaczyć pieśni na język polski, dzięki czemu
stały się one bliższe i bardziej zrozumiałe. Potem sama
zaczęłam śpiewać i włączać do mojego repertuaru piosenki
Jaromira. Śpiewałam je zarówno na scenie jak i przy
ogniskach harcerskich w środku lasu. Nikt z moich
znajomych nie wiedział, co to są za piosenki, które
śpiewam, a nazwisko Nohavica mówiło im niewiele więcej.
Wkrótce jednak i oni przekonali się, że to wielka postać,
gdy za moją namową przyszli na koncert.
Od pierwszych koncertów w Polsce Jaromir zagościł w moim
domu i ciągle w nim pozostaje, głównie duszą, ale
czasami też ciałem. Wychyla się do nas z plakatów i z
półek, gdzie stoją jego płyty. Podczas jednego z
nieoficjalnych spotkań zebrało się na śpiewanie. Tata
wziął gitarę i zaśpiewał ze mną jedną ze swoich pieśni.
Jaromirowi najwyraźniej się spodobało, ponieważ zaprosił
mnie i mojego brata do zaśpiewania jednej piosenki na
płycie po polsku. Powiedział, że dzieciaki muszą
koniecznie zaśpiewać coś z dziecięcej płyty, niech sobie
coś wybiorą i przetłumaczą. Wybór padł na „Hlídača
krav”, a ponieważ jest to piosenka wesoła i z humorem,
śpiewamy ją całą rodziną.
Ola Muracka

Zadzwonił Tolek.
Powiedział, że powinnam sama wybrać sobie piosenki
Jaromira, które chciałabym zaśpiewać. Byłam na jego
koncercie. Nie wiem jak inni słuchacze ale ja czułam się
utulona a w uszach jeszcze brzmiały mi dwa utwory. „Jeleń”
i ten drugi, zaśpiewany na bis, a’capella ...taki...
no... z aniołem ...
Nikt nie mógł znaleźć nagrania tego utworu. Nie było go
na żadnej płycie, żadnej rejestracji archiwalnej
radiowej czy telewizyjnej.
Uparcie twierdziłam, że ten jest ważny...
...Anioł stróż...
Po wielu dniach poszukiwań znalazł się pośród nagrań Jaromira z
koncertów.
Przetłumaczenie tego utworu było niezłą łamigłówką...
ale od kiedy go śpiewam, siedzi gdzieś z tyłu głowy i
towarzyszy mi w różnych, doprawdy skrajnie różnych
sytuacjach. Coś w nim jest takiego, że ulatuje w
prawdziwe chmury i jeszcze wyżej, dalej... nad górami,
na drugą stronę. Na drugą stronę czego?
No właśnie... „Czego nie mam... nie mogę Ci dać”...
Elżbieta Wojnowska

Hm... Zadanie brzmiało: "Michał,
napisz kilka słów o tym, kim Jarek jest dla Ciebie".
Kilka słów? Kim Jarek jest dla mnie? Zadanie już w samym
założeniu jest niewykonalne, więc mogę sobie tylko nieco
"pogdybać"... Mogę sam sobie zadać pytanie: kim bym dziś
był, gdyby nie Jarek i jego piosenki?... A właściwie
nieco inaczej powinno być to pytanie sformułowane: kim
bym dziś nie był, gdyby nie Jarek i jego piosenki?
Odpowiedź jest prosta: nie było by mnie tu, gdzie jestem
obecnie, pewnie nie pisałbym teraz tych słów, pewnie bym
nie śpiewał tego, co śpiewam i nie grał, tego co gram...
Ja mam szczęście w życiu. Mam szczęście spotykać na
swojej drodze Ludzi Wielkich, od których mogę się uczyć...
Ludzi Wielkich, którzy pozwalają mi uczyć się od siebie,
a takich Wielkich Ludzi jest naprawdę niewielu. Miałem
szczęście spotkać na swojej drodze Jarka, miałem i mam
szczęście uczyć się od niego i od jego piosenek i mam
nadzieję, że jeszcze długo będę mógł się od Niego uczyć.
Uczyć tego, co podsumować mogę jednym słowem: Magia...
Jarku - dziękuję!
Michał Łanuszka

O Jaromirze Nohavicy pierwszy raz usłyszałem, jakoś w trzecim roku
lat dziewięćdziesiątych.
Nie pamiętam od kogo. Prywatnie byłem wtedy trochę
rozbitkiem życiowym wspomaganym od czasu do przez
przyjaciół a i czasem przez wrogów. Na karku miałem
jedną autorską płytę „Autoportret 1”,nagraną w Teatrze
Witkiewicza w Zakopanem w 1988 , a w kieszeni
półplaybacki z muzyką do „Świata widzialnego” z
recitalem który miał swoją premierę w Teatrze im.Jaracza
w Olsztynie, a nad którą wraz ze Zbyszkiem Łapińskim
pracę ukończyłem niedługo wcześniej w Studio Radiowym S3
do adycji Sir Jana Borkowskiego na antenie PR2. Do tej
muzyki, tam gdzie mogłem i tam gdzie, choć rzadko, ale
mnie zapraszano, śpiewałem wiersze Josipa Brodskiego.
Moją wersję historii rosyjskiego i amerykańskiego poety
przedstawiałem- załatwiając sobie recitale sam, w każdym
miasteczku i mieście które zastałem po drodze, jeżdżąc
wtedy jak wieść niesie bezustannie i nieprzytomnie dużo
po Polsce całej, choć nie tylko bo zahaczyłem
europejskich pięknych Starych Miast dość dużo –boską
Pragę, a później jeszcze więcej dalej i dłużej jeździłem
(dwa razy jednak Pragę zaliczałem w podróżach} od
Świeradowa ((przez Jasło, Krosno, Łańcut, Rzeszów,
Jarosław, Przemyśl, Lublin, Białystok po Ełk, Augustów,
Mrągowo, Olecko, Kętrzyn, Olsztyn, Sztynort Elbląg,
Sopot-Gdańsk –Gdynię, Kołobrzeg, Koszalin, Szczecin,
Police {miasta w Centralnej kiedy indziej policze i
zacznę od Warszawy i Łodzi w miast powodzi }Gorzów
Wielkopolski, Zieloną Górę, Poznań, Wrocław, Jelenią
Górę, Karpacz, Świeradów Zdrój, Bielsko-Białą, Cieszyn,
na kompas w zimie Ząb, Zakopane, Kraków, Krynicę, Nowy
Sącz i Grybów, Sandomierz nieco w górę mapy , nieco
niżej Dębice)) po Tarnów by wylądować w rodzinnych
Gorlicach, 22 letnim Volkswagenem starym, którego byłem
jedynym właścicielem i pasażerem zarazem, nie licząc
gitary. Zdarzyło się też nieco wcześniej że z Łapą i w
fenomenalnej formie Jackiem Kaczmarskim którego był to
pierwszy po wielu latach powrót z „wojaczki” z Monachium
do Polski, zaśpiewaliśmy trzy recitale, w których
dostałem z przydziału zaszczytną role forlaufra (współcześnie
–support), śpiewając wiersze
J. Brodskiego w przekładach Stanisława Barańczaka,
Katarzyny Krzyżewskiej i Wiktora Woroszylskiego .Wobec
tego faktu, sporo czasu nad to, przypadkiem ( już w
zasiedlonej przez kilka świetnych Osób, Opaczy) jakimś
wczesnym letnim popołudniem trafiłem w TVP2 na
półgodzinny film o czeskim Bardzie, mieszkającym w
pięknie starym i sielsko swojskim domu, o Rzekę od
południowej granicy Polski. Film, w konwencji
przypowieści, z prześwietlonymi żywym Słońcem zdjęciami
- ilustrowany był spokojnymi melodyjnymi balladami i
gawędą bohatera etiudy, którą snuł w bajkowo kojący
sposób, (sic)- urzekającą ucho „czecho- polszczyzną”.
Pamiętam że niedługo potem w rozmowie telefonicznej
Andrzej Szymański, kompozytor mieszkający w Euroregionie
na styku Niemiec, Czech i Polski powiedział, że chciałby
zorganizować spotkanie Bardów na Szczycie właśnie w
Swieradowie Zdroju. Na reprezentacje wytypowałem i
natychmiast zacząłem załatwiać kontakty do Wolfa Birmana,
Jaromira Nohavicy i Andrzeja Garczarka - mojego
serdecznego pierwszego Warszawiaka mentora z lat
studencko-małżeńskich .Pomysł wziął w łeb i prysnął. Ale
do wglądu pozostał. Minęło kilka lat i w mojej
‘”macierzystej” Trójce usłyszałem ukochane „Sarajewo” i
kilka innych, równie mądrze lirycznych, wzruszających
pieśni . Pewien byłem że stał za tym, jeden z
najulubieńszych moich w świecie radiowych prezenterów
muzyki max treści – „Mag” Piotr Kaczkowski, a co
pochlebia mi zawsze kiedy o tym myślę - patron wraz z
Januszem Deblessemem (spirytus movens) i cała Załogą
Trójkową promocji medialnej mojej „Ave”. Nieco później,
dzięki Leszkowi Bergerowi, który nota bene sam świetnie
pisze i przekłada i którego wielką pasją jest Czeska
Kultura i język, mogłem zobaczyć i usłyszeć pierwszy raz
„na żywo” Jaromira w Teatrze Małym w Warszawie. Śpiewał
sam akompaniując sobie przy gitarze i harmoszce..
Całości znakomitych wykonań kapitalnie napisanych i
muzycznie zilustrowanych piosenek dopełniła wyjątkowa
charyzma wykonawcy i wspaniała atmosfera na widowni.
Dzięki Lechowi obejrzałem też w oryginalnej wersji „Rok
diabła”. Uwiedziony do końca Postacią Jaromira Nohavicy,
byłem gościem w domu Antoniego Murackiego i miałem
wyjątkową okazję - słuchając piosenek z CD,
konfrontowania czeskich tekstów z ich niezwykle udanymi
przekładami na język polski, jak się potem okazało
autorstwa gospodarza. Zagadkowy do końca wydaje mi się
fakt że przez te lata bywaliśmy wspólnie w tych samych
miejscach i o tym samym czasie, żeby tylko wspomnieć
pobyty Jaromira Nohawicy w Polsce na OPPA , w „Przechowalni”
u Elżbiety Adamiak i Andrzeja Poniedzielskiego, jako
gościa III Programu P.R., czy „Antologii „ Tolka
Murackiego (wtedy odmówiłem porecitalowej gościny bo
chodziłem na rzęsach po swojej trasie) .Nigdy nie
zamieniliśmy w tym czasie ze sobą słowa, chociaż nie
brakowało do tego okazji. Raz, 3 lub 4 lata temu podczas
Krakowskiego Studenckiego Festiwalu Piosenki w
przyjaznym geście, też bez słowa podaliśmy sobie dłonie.
Kiedy piszę te słowa jestem zaproszony do dwóch
koncertów promujących płytę „Świat wg Nohavicy”. W
Krakowie i Ostrawie wystąpię obok świetnych polskich
wykonawców. Zaśpiewam dwa świetne męskie teksty „Mikymauz”,
i „Plebs blues” w przekładach Antoniego i muzyką
Jaromira -w nowych, aranżacjach. Nareszcie po około
piętnastu latach zgodziły się terminy o czym zawiadamiam
nie ukrywając przejęcia i wzruszenia. Fakty z mojego
życiorysu zawarłem dlatego, by wesprzeć się na duchu ,dać
sobie tytuł i prawo do reprezentowania piosenek Jaromira
Nohavicy i po to by podkreślić ilu ludzi na to pracowało,
nie licząc bardzo licznej wspaniałej Szanownej P.T.
Publiczności - Pokolenia dobrej literackiej piosenki na
całym Świecie .
Z poważaniem, Mirek Czyżykiewicz. W Opaczy ( o której
więcej innym razem) w listopadzie 2008 roku. Dokończono
w Gorlicach na dziewiczych klawiszach małego laptopa po
nocach i trudach korektorskich których nie przeliczysz.
Tu ukłony dla Krysi. I Mistrza Nohawicy.
Ahoj!

Złączyła nas woda
Po pierwszym koncercie Jaromira w Warszawie w 1998 roku
odbył się bankiet artystyczny w kawiarni Telimena. Mimo
wielu interesujących postaci ze świata artystycznego,
największym zainteresowaniem obdarzałem oczywiście
Nohavicę, który zrobił na wszystkich piorunujące
wrażenie na scenie Teatru na Woli.
Na uroczystej kolacji trzymał się jakby na uboczu i
popijał wodę. Siedziałem vis a vis i także popijałem
wodę. Atmosfera wokół powoli tężała, gdyż brać
artystyczna nie pozostawała obojętna na cięższe alkohole
i już po dwóch godzinach trudno było złapać kontakt
werbalny. A my obydwaj nadal piliśmy wodę, wymieniając
niekiedy znaczące i trzeźwe spojrzenia. Nie
rozmawialiśmy dużo, nie znaliśmy się wszak, czytaliśmy
raczej ze swych zachowań i reakcji.
Gdy, dziś o tym myślę, sądzę, że moja życiowa przygoda z
Jarkiem zaczęła się od litrów wspólnie wypitej czystej
wody na bankiecie w Telimenie. Była to więc najbardziej
kulturotwórcza woda, jaką wypiłem w życiu, a nie znałem
przecież wtedy piosenki, której premiera właśnie dziś...
Stąd moja szczera rada – jeśli chcecie przeżyć coś
wielkiego i prawdziwego – pijcie czystą wodę.. Łączy
ludzi.
Tolek Muracki

Gdy
dostaliśmy propozycję nagrania dwóch pieśni Mistrza na
płytę „Nohavica po polsku” ogarnęła nas radość i lekki
niepokój.
Jest taka zasada zwana prawem pierwszych doświadczeń.
Wedle niej m.in. każdy pierwowzór wielkiego dzieła jest
prawem a każda następująca po nim nowa wersja
wykroczeniem przeciwko temu prawu. Kara za to jest
nieuchronna lecz można ją złagodzić próbując autorowi
pierwowzoru dorównać, co w tym przypadku jest
niewykonalne, albo czyniąc dziełu możliwie najmniejszą
krzywdę.
Jak
widać zadanie było i niełatwe i
niebezpieczne. Największą przeszkodą do wzięcia była
decyzja co mistrzowi zepsuć.
"Robinson” wydawał się nam tak bukowińską pieśnią że
jego wybór był oczywisty. W naszym wykonaniu brzmi jak
inne nasze pieśni i pozostaje jedynie mieć nadzieję że
ten fakt nie wyrządza mu zbyt ogromnej szkody.
„Długa cienka struna” korciła tym że jest niezwykle
piękna, mniej znana, mistrz nie grywa jej na koncertach
bo jest nagrana na fortepianie co otwiera pole dla
własnej gitarowej transpozycji a także oddala nas od
jakże niebezpiecznych bezpośrednich porównań.
Wyrok w tej sprawie oczywiście należy do słuchaczy
jednak wskazując na owe okoliczności a także na
świadomość popełnienia czynu oraz wykazaną szczerą
skruchę pozwalamy sobie liczyć na łagodny wymiar kary.
Sprawcy
Wolna Grupa Bukowina

Wracając myślą do moich pierwszych spotkań z pieśniami
Jaromira zauważam, że najmocniejszym przekazem, który do
mnie wówczas docierał, była ich, hipnotyczna wręcz
melodyka. Przez długie tygodnie „chodziły” za mną motywy
tych pieśni i zaczynało to graniczyć z obsesją. W kółko
ich słuchałem i grałem na gitarze, urzeczony ich
prostotą i pięknem. Ale wciąż mi było mało. Chciałem
wiedzieć , gdzie tkwi tajemnica ich magnetyzmu. Myślę,
że potrzeba zrozumienia tej magii skłoniła
mnie do pierwszych prób przetłumaczenia piosenek
Nohavicy; chciałem wiedzieć dokładnie o czym są i jak są
zrobione. Trochę jak z obrazami, które wywierają
wrażenie z pewnej odległości, więc podchodzimy bliżej i
jeszcze bliżej, w nadziei, że odkryjemy technikę twórcy,
zdemaskujemy metodę, zbliżymy się do tajemnicy…
Już dobre 10 lat przyglądam się tym pieśniom i widzę ich
materię z różnej odległości, ale nie pytajcie – jak są
zrobione i co sprawia, że urzekają kolejne pokolenia
słuchaczy…
Wiem jedynie tyle, że „działają” i wywołują
charakterystyczny dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
Antoni Muracki

Im dłużej zastanawiałam
się co wybrać z bogatego repertuaru Jarka, tym częściej
zaczynałam żałować, że nie jestem mężczyzną. Świat jego
pieśni i piosenek jest niewątpliwie światem widzianym
oczami mężczyzny. Nic więc dziwnego, że miałam obawy
czy będę w swoim wyborze wiarygodna. Wątpliwości takie
towarzyszyły mi nie po raz pierwszy. Zdarzały się gdy
sięgałam do Okudżawy, Brela czy Kaczmarskiego.
Bezpiecznie poczułam się wybierając to co bliskie
kobiecemu sercu – lirykę. Znając trochę siebie nie mogę
wykluczyć, że kiedyś odważniej sięgnę do Jarkowej
skarbnicy, bo przecież „...dokud se zpiva jeste se
neumrelo”.
Edyta Geppert

Inspirujący i precyzyjny
Krysia Tuliszka poprosiła mnie o tekst nt. Jarka
Nohavicy i jego pieśni na jego stronę internetową w
Polsce. Chętnie, czemu nie? - Zakładam jedynie, że piszę
do jego fanów, no bo nie lubię pisać w próżnię.
Słówko wstępu. Trudno jest jednemu artyście pisać o
innym, zwłaszcza z tej samej branży, podobnej dziedziny,
wręcz z tego samego gatunku. My – sami śpiewający
ballady – postrzegamy kolegów z estrady zwykle w sposób
bardzo wyostrzony: albo jesteśmy całkowicie „za”, albo
totalnie „przeciw”.
Nie
ma środka, nie ma obojętności. Jeśli jest…, to jedynie
na zewnątrz, w grzecznym zachowaniu form, wzajemnym
uprzejmym traktowaniu się. Bardzo byście się zdziwili,
gdybyśmy Wam szczerze powiedzieli, co każdy z nas myśli
o tzw. kolegach z branży.
Czy
powinniśmy się wstydzić? – długo myślałem i odpowiadam:
chyba jednak nie!
Każdy artysta musi zamknąć się w sobie, skupić na swoim
świecie, swoim warsztacie, swoich myślach i realizacji
swoich planów. Wszystko, co nas rozprasza, to wróg,
przeszkoda, balast. Chyba, że…
I
tu do sedna. Bywają artyści-koledzy inspirujący. Tacy,
że wobec ich twórczości nie da się przejść obojętnie. Bo
widać, że oni odnaleźli już jakąś drogę, zdobyli jakąś
umiejętność, stworzyli jakiś język, coś nazwali,
określili, namalowali, opisali, wyśpiewali.
Taki jest dla mnie Jarek Nohavica.
W
warstwie tekstowej – piekielnie inteligentny. W melodyce
– świeży. W opracowaniach aranżacyjnych – niezwykle
dokładny i oszczędny.
Ale
i tak największym mistrzem jest dla mnie w kontakcie z
widownią. Bardzo uprzejmy, dowcipny, kulturalny, na
luzie, zabawny, ale nigdy nie pozwalający sobie na
przekroczenie granicy dobrego smaku. Widziałem go za
kulisami kilku koncertów. Nigdy nie lekceważył
publiczności, nigdy nie uznał, że teraz już go „kupili”,
że już może wszystko. O nie, czuwał nad wszystkim i
precyzyjnie wypełniał swoje zadanie do końca, podczas
każdego z koncertów, które obserwowałem.
Na
pewno - Jarku - piszesz mądre teksty i piękne piosenki,
ale dla mnie największym mistrzem jesteś w precyzyjnej
grze na uczuciach i zachowaniach publiczności.
Jak
się tego nauczyć?
Paweł
Orkisz
PO, Kraków, 5.11.2008

Wczoraj 4.11 Jaromir był gościem Teresy Drozdy w Radio
Dla Ciebie, gdzie razem z Tolkiem Murackim opowiadali o
nowej płycie Swiat według Nohavicy. Możecie
posłuchać tej rozmowy.

ANDRZEJ SIKOROWSKI O JARKU NOHAVICY
Z
Jaromirem Nohavicą poznaliśmy się w Teatrze Polskim w
Czeskim Cieszynie.To był koniec lat osiemdziesiątych.
Śpiewałem z „Pod Budą” na jubileuszu teatru a Jarek tam
po prostu był. Ja o jego istnieniu wiedziałem, to nie
była dla mnie postać anonimowa. Wiedziałem, że jest
czeski bard Jaromir Nohavica.
Po
koncercie Jarek zaprosił nas do swojego cieszyńskiego
mieszkania, powiedział, że zna moje piosenki, że go
interesowały. Można powiedzieć, że wymieniliśmy pewien
rodzaj koleżeńskich komplementów ludzi, którzy zajmują
się podobną „działką” czyli po prostu piszą autorskie
piosenki. Mówił, że się z polskich gazet uczył języka
polskiego, że niektórych polskich artystów bardzo dobrze
zna, że szanuje… wiedział sporo o Grechucie. Puszczał
nam piosenki z płyty, na której jest Divne stoleti .
Grał nawet na tej swojej śmiesznej harmoszce. Gadaliśmy
trochę o planach koncertowych, o płytach itp Było to
bardzo miłe spotkanie, jak zawsze gdy spotykają się
ludzie, którzy myślą podobnie... Potem ja go zaprosiłem
do siebie, do Krakowa. Cieszyłem się, że jest z nami,
to bardzo ciepły człowiek, zrobił świetne wrażenie na
moich kobietach na żonie i na córce. Zresztą do dzisiaj
go uwielbiają. Odnoszę wrażenie, że jest pewien rodzaj
chemii, który ludzi łączy i ja tę chemię mam zbliżoną do
niego. Nie należę do ludzi gadatliwych specjalnie, a
Nohavica też nie jest gadułą. Myślę, że udało nam się
wznieść na wyższy stopień intymności, polegający na tym,
że potrafimy z sobą milczeć. To jest bardzo miłe, że
potrafimy siedzieć z sobą na przykład przy kawie czy
herbacie, czy nawet alkoholu, którego on nie pije, bez
zbędnych słów.
Jarek ma przywiązanie do swojej artystycznej
niezależności. Ja zawsze byłem człowiekiem postrzeganym
przez zespół. Zawsze się mówiło o Sikorowskim – Pod
Budą. I ja się zresztą tak identyfikowałem i nawet jak
próbowano mnie jakoś dowartościować, to mówiłem, że to
zespół, wypadkowa ludzkich umiejętności i słabości. Mimo
tego, że miałem świadomość, że napędzam tę kapelę. No bo
nie ma zespołu jak nie ma piosenek, które ja piszę.
Jarek był pierwszą chyba osobą, która powiedziała mi, że
jeżeli mam ochotę być sam, pracować na własne nazwisko,
to muszę się pozbyć pewnych sentymentów nawet tych
towarzyskich. Bo bycie artystą to jest pewien rodzaj
posłania, które gdzieś się wypełnia i jeżeli chce się
być uczciwym wobec siebie, wobec wiernej publiczności,
to względy towarzyskie są mniej istotne. Bardzo wiele mi
to dało, bo Jarka uważam za autorytet. Jeżeli on mówi
coś, to posiada to pewien ciężar gatunkowy. Jeśli on to
mówi z estrady, podpiera to gitarą i jakąś frazą
muzyczną to ciężar gatunkowy tej wiadomości rośnie. On
nie odkrywa może nowych światów, ale w bardzo ładny i
prosty sposób opowiada o sprawach istotnych. Taki dar
opowiadania ma bardzo niewielu ludzi, niewielu
filmowców, niewielu malarzy, niewielu piosenkarzy. Tym
się zresztą wyróżnia. Powiedzenie o kimś, że jest bardem
(to jest bardzo pojemne słowo) znaczy bardzo wiele i
bardzo niewiele…A on jest prawdziwym bardem, bo przy
pomocy piosenek, czyli tych form traktowanych trochę
lekceważąco, zupełnie niesłusznie, potrafi powiedzieć
tyle co traktat filozoficzny. Dobra piosenka w trzy
minuty potrafi przekazać tyle ile niejedna książka…
Mimo, że kontakty są sporadyczne, że się nie tak często
widujemy, no bo żyjemy w dwóch różnych krajach, to wiem,
że gdzieś tam w Czechach jest facet, który się nazywa
Jaromir Nohavica i to jest bliski mi człowiek.