JACEK
(wspomnienia o Wroclawiu 1989)
Kiedy czasami zaczytuję się we wspomnieniach swoich
rówieśników sprzed 20 lat, wstydzę się, jak mogłem być w
odróżnieniu od nich tak bardzo niedomyślny, nierozważny
i mało spostrzegawczy. Oni już wtedy, na jesień 1989
roku wiedzieli, że reżim upada, już wtedy czuli, że ze
strony komunistów, nie grozi im żadne niebezpieczeństwo,
już wtedy zakończyli swój zwycięski bój z
nieprzyjacielem. Tylko ja przygotowywałem się na swoją "zaduszkową"
wyprawę do polskiego Wrocławia, na Festiwal Kultury
Niezależnej, prawie jak na partyzancką akcję.
Dzisiaj, kiedy na drodze prowadzącej przez rzekę Olzę do
polskiego Cieszyna, nie trzeba nawet zmniejszyć
prędkości samochodu, jest to co najmniej niezrozumiałe,
iż jeszcze przed paroma laty stały tam betonowe barykady
a sami celnicy byli czujniejsi niż bileterka w kinie na
filmie tylko dla dorosłych. Komuniści tak silnie wręcz
ogniwie szerzyli proletariacki internacjonalizm oraz
przyjaźń między narodami, że nie wpuszczali mnie do
zaprzyjaźnionej Polski. Całe szczęście, że odległość z
balkonu mojego bloku na ulicy Zielonej w Czeskim
Cieszynie do Wieży Piastowskiej mierzyła zaledwie
kilkaset metrów w linii prostej. Przynajmniej oczyma
mogłem błądzić pomiędzy stolikiem, przy którym czytałem
Iwaszkiewicza a ziemią, która była jego ojczyzną.
Z
Cieszynem, miastem, gdzie w rodzinie czeskich muzyków,
urodziła się moja żona Martina i gdzie przeprowadziłem
się po odbyciu służby wojskowej, ponieważ w Ostrawie
znalezienie mieszkania i pracy było prawie niemożliwe,
miałem wielkie szczęście. Pod koniec lat 70. i na
początku 80. było to miejsce, które dzięki kontaktom z
piękną polską kulturą umożliwiło mi czerpanie wody z
bogatego i życiodajnego polskiego morza do swego
stęchłego, czeskiego stawu. Nigdy nie byłbym tym, kim
jestem, gdyby nie polskie drzewa, których owoce były
deserem po moim czeskim, mięsnym obiedzie.
Pieśń Jacek została przeze mnie napisana na wiosnę 89.
roku i mam w związku z nią kilka osobistych wspomnień.
Zaraz po jej napisaniu pochwaliłem się jej tekstem swemu
czuwającemu kapitanowi Liberdzie, który dopytywał się
nad czym obecnie pracuję. Tym samym wydałem bohatersko
sam siebie, tchórzliwie zdradzając mu, iż napisałem tą
właśnie pieśń. Usiedliśmy naprzeciw siebie i bezczelnie
mu ją zarecytowałem. Myślę, że zrozumiał, ponieważ
zapytał mnie, czy uważam, iż granice padną. Oczywiście
odpowiedziałem mu, że na pewno tak. Zapytałem go również,
czy lubi swoją pracę. Powiedział, że tak, ponieważ
dzięki niej poznaje dużo ludzi.
Z
powodu nazwy pieśni, ogrom mych słuchaczy przekonanych
jest o tym, iż utwór został napisany dla Jacka
Kaczmarskiego, wielkiego barda polskiego. Byłaby to
piękna legenda, ale nie jest to prawdą. Jacek w owym
czasie, na wiosnę 89. roku, był jeszcze na emigracji,
myślę, że w Australii, jego pieśni znałem bardzo
powierzchownie. Nasze pierwsze spotkanie miało miejsce
na wiosnę następnego roku, na rynku w Cieszynie, gdzie
zaśpiewałem mu „Jaskółko fruń” („Vlaštovko leť“).
Dopiero później będąc oczarowanym jego wystąpieniem oraz
rozmową z nim, zacząłem dogłębniej słuchać i tłumaczyć
jego piosenki.
Ale
z powrotem do mojej jesiennej podróży do Wrocławia. Tam
zagrałem „Jacka” jako osobiste podziękowanie
przyjaciołom z polskiej Solidarności, którzy
przygotowali cały festiwal. Były to piękne cztery dni
spędzone z bliskimi przyjaciółmi. Właściwie tylko trzy,
od piątku do niedzieli, 3.-5. listopada 1989. Sam
musiałem przedłużyć swoją wyprawę o jeden dzień. Już w
środę wieczorem dzwonił do mnie Pepík Štreichl i
informował mnie o wzmożonej kontroli na polsko –
czeskich przejściach granicznych w piątek. Nie pytałem
go, skąd ma takie informacje, jest to dla mnie obojętne
do dnia dzisiejszego, ale dlatego, iż domniemałem (przypadek
Karela Plíhala i Emila Pospíšila, którzy zostali
zatrzymani przy przekraczaniu granicy w Náchodzie, to
potwierdził), że jest to bardzo prawdopodobne. Dogadałem
się z naszą znajomą Olinką H., tutejszą Polką, świadkiem
Martiny ze ślubu, która zostawiła dla mnie u swojej
babci w polskim Cieszynie polskie pieniądze. W czwartek
wcześnie rano (pomimo całkiem innych nawyków, wstałem
jeszcze przed wschodem słońca, koło godziny szóstej) bez
gitary, żeby nie budzić żadnych podejrzeń, mając w
kieszeni tylko zaproszenie, które kto wie, jakim
sposobem załatwili dla mnie przyjaciele z polskiej
Solidarności, ruszyłem w kierunku Mostu Przyjaźni. Długo
czekałem w kolejce, wśród ludzi, którzy zmierzali do
Polski za pracą, ludzi mających oficjalne przepustki. W
momencie, kiedy celnik badawczo zapytał, gdzie moja
gitara, obrażony odparłem, iż nad grobami swych krewnych
się przecież nie śpiewa. Było to krótko przed Świętem
Zmarłych, to było moje szczęście. Wpuścili mnie. Tym
sposobem dostałem się po raz pierwszy do polskiego
Cieszyna. Dom babci Oliny znalazłem, gdy zaczęło świtać.
Była oczywiście zaskoczona, myślała sobie pewnie, co Ci
Czesi jeszcze nie wymyślą, tak wcześnie rano, ale swych
parę złotych dostałem, więc mogłem wsiąść do autobusu i
wyruszyć do Katowic. Po raz pierwszy w polskim autobusie.
W Katowicach przesiadłem się do pociągu by dojechać do
Wrocławia późnym popołudniem spędzając całą podróż w
przejściu, stojąc na jednej nodze. Były to dla mnie
wrażenia rodem z filmu przygodowego. Tak nam się tu żyło,
moje miłe dzieci.
Gwoździem programu był jednak mój powrót w niedzielny
podwieczór, kiedy to wracałem do domu razem z Pavlem
Dobešem. On prowadził. Ja nie miałem jeszcze wtedy
samochodu. Zaskoczenie surowej celniczki, kiedy
zobaczyła mnie i odparła: „Nohavica? Jak Pan się tu mógł
dostać?” było swoistą nagrodą. Porządnie nas wtedy
przesłuchała, ale byliśmy na to przygotowani i wszystkie
odpowiedzi wieźliśmy w głowie. Pavel mógłby długo
opowiadać. Myślę, że ogólnie, byłoby bardzo ciekawe
zebrać wspomnienia wszystkich, którzy dojechali do
Wrocławia z Czech. Patrząc na wspólne zdjęcie ze sceny
zauważam, że nie było nas tam tak mało. Ja, Pepa Nos,
Pavel Dobeš, Petr Dopita, Pavel Rímský, Pepa Štreichl.
Emigrantów nie wliczając. Ci byli w lepszej, łatwiejszej
sytuacji.
Sam
koncert mam przed oczami do dziś. Najbardziej zaskoczyło
mnie wielkie, wręcz burzliwe, momentami aż wzruszające
przyjęcie Karela Kryla. Nie chodzi o tych kilka
dziesiątek Czechów, którzy dostali się na widownię, ale
głównie o setki Polaków dla których już wówczas Karel
był wielką ikoną. Nie przypuszczałem ilu ludziom w
Europie Karel dodawał sił swoimi pieśniami na falach
Radia Europa. Niektóre swe piosenki wykonywał po polsku.
Były one niezwykle udane, brzmiały bardzo chwytliwie.
Mówiłem sobie w duszy, że chciałbym mieć kiedyś szansę,
by spróbować czegoś podobnego.
Sam
pobyt we Wrocławiu rozpływa się we mgle. Fragmenty,
które pamiętam, to na przykład wspomnienia o Karelu,
który pytał mnie o to, jak to u nas wygląda z podatkami,
wspomnienia o tomiku dla skazanego Standy Zárybnickiego,
który był w trakcie tworzenia; wspomnienia o Jardzie
Hutce, któremu dziękowałem w szatni za to, że mogłem się
dzięki jego pieśniom, tak wiele nauczyć, o karawanie w
którym spałem, o polskich księgarniach, które pełne były
książek, których w Czechach nie sposób było kupić, o
grupie polskiej młodzieży, która nas bezinteresownie
zakwaterowała, aż w końcu wspomnienia o panach
emigrantach, który ustawicznie spekulowali nad tym,
kiedy to wszystko wreszcie pęknie...
W
powietrzu można było poczuć Wiosnę Narodów.
Dziękuję Wam, moi polscy przyjaciele, że mogłem u Was po
raz pierwszy nabrać tchu.
Tłumaczyła: Justyna
Gałuszka
Źródło:
Archiwum pod lupa