Rodzina
Nohavicą silna
Był rześki listopadowy poranek. A dokładnie
poniedziałek dziewiętnastego dnia miesiąca. Od rana w
naszym niewielkim mieszkanku w centrum Tychów wielkie
poruszenie.
-Bierzemy jakieś kanapki na drogę?
– pyta Basia.
-Wydaje mi się, że tak, to przecież ładnych kilka godzin
trasy – odpowiadam przejęty.
Jeszcze
chwilę trwa zwykła, przedwyjazdowa krzątanina.
-Ojej, już za pięć jedenasta, a my jeszcze w domu, no
trudno, chwilę poczekają.
Basia przekręciła klucz w zamku, już prawie wychodzimy.
-Zapomniałem płyty – krzyknąłem na cały głos, a echo
rozniosło się po klatce schodowej.
Basia
cierpliwie otworzyła drzwi, ja z braku czasu w butach
wszedłem do pokoju; szybki przegląd po półce z płytami i
w końcu jest! Pospiesznie wyciągnąłem dobrze znane
opakowanie.
Przed
domem czekał już samochód, a w nim mój brat Darek.
-Magdy nie ma? – pyta Basia zdziwiona brakiem żony Darka.
-Musimy po nią pojechać. Miała problem, by dostać cały
dzień wolny, bo dziś poniedziałek i w banku największy
ruch.
Miasto,
choć już prawie południe, powoli budziło się do życia.
Przechodnie leniwie omijali kałuże powstałe po topiącym
się śniegu. Zza chmur wychodziło słońce, gdy stanęliśmy
pod kantorem żeby wymienić złotówki na słowackie korony.
-Chyba wystarczy sto złotych, a jak nie to najwyżej
wymienimy na miejscu – zapytał Darek i nie czekając na
odpowiedź wysiadł z auta i udał się do małego kantoru
przy banku, w którym pracuje jego żona. Za chwile już
razem wrócili do samochodu.
No to jedziemy.
-Dobrze, że mam GPS’a – pochwalił się Darek, a za chwile
dodał:
-No i jak wycieczka? Gotowi? Jeśli tak, to ustawiam
trasę na Liptovský Mikulás!
I wyruszyliśmy.
Wyruszyliśmy ogromnie podekscytowani na pierwszy nasz
koncert Jarka Nohavicy.
Kiedy samochód mijał najpierw tyskie, dobrze mi znane, a
później już te całkiem nowe dla mnie okolice,
przepełniony dumą rozmyślałem jak to wszystko się
zaczęło. Wróć. Jak to wszystko (no prawie) dzięki mnie
się zaczęło. A pamiętam to doskonale.
„Wybieram się jutro do kina, jest festiwal czeskich
filmów w naszej Andromedzie i leci Rok Diabla, ponoc
fajny czeski film. Pojdziesz ze mna? Dla zachety dodam,
że bilet jedynie 3zl.” Zachowuję oryginalną pisownię,
gdyż moja Basia wie, że człowiekiem jestem oszczędnym i
kiedyś pouczyłem ją, że pisanie sms-ów z polskimi
znakami kosztuje w naszej sieci dwa razy drożej – więc w
myśl oszczędności sms-y już zawsze pisze bez polskich
znaków. W myśl tej samej oszczędności – wiedziała, że
cena biletu do kina mnie zachęci. I nie myliła się.
Punktualnie o 17.45 spotkaliśmy się pod kinem. Basia i
jej koleżanka Kasia oraz tłum moich znajomych, których
zwabiłem na te najlepiej zainwestowane przeze mnie w
życiu 3 zł.
Co tu
dużo pisać. Wystarczy powiedzieć, że moje fascynacje
muzyczne dzielę na dwa zasadnicze okresy. Fazę pierwszą
– do czasu poznania Jarka Nohavicy i fazę drugą,
ostateczną i zasadniczą, która rozpoczęła się ok.
godziny 19,30 dnia 30 marca roku pańskiego 2007, kiedy
wyszedłem z kina po filmie Zelenki.
Fascynacja, zauroczenie, obsesja – te słowa chyba
najlepiej oddadzą stan, w którym się znalazłem, ale i
złość na samego siebie – w jaki sposób żyjąc lat 26
nigdy wcześniej nie spotkałem się z twórczością Jarka?
Jak mogłem? Jakim ignorantem muszę być?! Jak długo żyłem
w tej gorzkiej nieświadomości? No trudno, stracony czas
należy czym prędzej nadrobić.
Od razu
zaczęło się przegrzebywanie archiwum internetu celem
poszukiwania informacji, biografii, artykułów i muzyki z
Youtube. Oczywiście, momentalnie pojawiły się pytania
znajomych – cóżesz na litość boską znaczy mój tajemniczy,
czeski opis na gadu gadu: „Tak málo mám krve a ještě mi
teče z úst”. No i, jasna sprawa, na szeroką skalę
rozpoczęła się moja Nohavicoedukacja społeczeństwa.
Wyszedłem z prostego założenia, że skoro sam tak długo
żyłem w nieświadomości, nie mogę dopuścić, by inni nie
dostąpili tajemnicy niejakiego Jarka Nohavicy. Jednak z
tą edukacją początkowo były problemy. Język czeski dla
nas Polaków brzmi tak samo zabawnie, jak dla Czechów
nasz polski. Więc jak tu jednemu z drugim wytłumaczyć,
że piosenki Nohavicy są genialne – mówiąc najprościej.
Potrzebne mi było w tej walce silne oręże. I w tym
wypadku jak zwykle z pomocą przyszła Basia. Na
zbliżające się urodziny kupiła mi film „Rok diabła” na
DVD i płytę „Doma” gdzie, jak wszyscy wiemy, znajduje
się CD i DVD z koncertu Jarka w Karolince. Oczywiście,
Basia nie wytrzymała do dnia urodzin i skracając moje
męki, prezent wręczyła jakieś dwa tygodnie przed czasem.
Na całe
szczęście nowoczesne nośniki zapisu są wielce odporne na
częstotliwość ich odtwarzania, więc spokojny o jakość
kilkadziesiąt razy przejrzanego filmu i przesłuchanej
płyty na jednej z imprez rodzinnych moje skarby
pożyczyłem Darkowi. Darek (w przeciwieństwie do mnie –
prostego, domorosłego artysty z aspiracjami), robi
karierę i jest dyrektorem w wielkiej korporacji. Jednak
wcale się nie zdziwiłem, kiedy z przerażeniem w głosie
zadzwonił do mnie i powtórzył dobrze mi znane zdanie, że
geniusz narodził się w Czechach. Początkowo nosiłem się
dumnie wobec niego, uznając się za Nohavicologa, jednak
wkrótce postawa Darka przestała mi się podobać, stał się
dla mnie swoistym zagrożeniem, konkurencją. Masowo
zaczął zamawiać wszystkie płyty Nohavicy dostępne na
rynku; z czasem wiedział więcej, orientował się lepiej
i, co najważniejsze, znał więcej piosenek, gdyż, co tu
ukrywać, miał więcej płyt. Być może gdybym pokusił się o
ściąganie piosenek z internetu, wtedy nie wyprzedziłby
mnie tak prędko, ale nie mogłem tego zrobić Jarkowi.
Komu jak komu, ale nie Jemu. Nie pozostało mi nic innego
jak zawrzeć niepisany sojusz z Darkiem. Zaczęliśmy się
wymieniać płytami i przerzucać nowościami na temat
naszego Nohavicy.
Podczas
jednej z dyskusji na urodzinach naszej mamy, kiedy to
właśnie rozprawialiśmy na temat różnych wariantów
tłumaczeń słów: „máslo bych zrušil” i „lásku bych
zrušil” piosenki „Mikymauz”, usłyszeliśmy, że ktoś
nieśmiało śpiewa „Jakube Jakube Jakube”. To 3-letni syn
Darka – mój dzielny chrześniak – podśpiewywał sobie pod
nosem. Wszyscy zamilkliśmy, by posłuchać jak mały bobas
nuci pod nosem swoją piosenkę. Kubuś oczywiście zaraz
speszył się nagłą ciszą i przestał, od Darka zaś
dowiedziałem się, że to ulubiona piosenka Kuby, gdyż
wydaje mu się, że Pan Jarek śpiewa o nim.
Wkrótce
do naszych dyskusji przyłączył się nasz najmłodszy brat
Tomasz, zapalony muzyk, który już kompletnie wyprowadził
nas z równowagi, bo większość piosenek Nohavicy potrafił
wyśmienicie zagrać na gitarze. Darek, choć wprawdzie
kiedyś, w ramach młodzieńczego buntu, udzielał się w
kapeli rockowej, potrafił coś tam wybrzdękolić, ale
precyzja wykonania Tomka zazwyczaj przyprawiała go o
furię…
Z zamyślenia wyrwał mnie głos Darka
- No moi drodzy dojeżdżamy do
granicy, już niedługo będziemy na miejscu.
W samochodzie po raz trzeci usłyszałem słowa: „O vodě o
trávě o lese
o smrti se kterou smířit nejde se o lásce o zradě o
světě” – czyli niezapomniany tekst „Komety” z mojej
płyty, której dzięki Bogu nie zapomniałem w całym
zamieszaniu związanym z wyjazdem.
Do
granicy płyta zagrała nam jeszcze kilka razy te same ale
nigdy nie mogące znudzić się pieśni Nohavicy.
Do
Liptovskego Mikulása dojechaliśmy 3 godziny przed czasem.
Mimo że z przejęcia nikt z nas specjalnie głodny nie był,
to poszliśmy do pobliskiej restauracji, zamówiliśmy
ponadnarodowy specjał – czyli pizzę, aby tym jedzeniem
zabić czas, który dzielił nas od koncertu.
Pod
drzwiami sali widowiskowej byliśmy oczywiście pierwsi i
ku naszemu zdziwieniu, mimo że do koncertu pozostało 20
minut, prawie nikogo tam nie było.
- Może koncert odwołali – powiedział Darek, wcale nie
żartując.
Jednak czarny scenariusz nie sprawdził się i leniwie
zaczęła schodzić się tutejsza publiczność.
U nas, w
Polsce, na koncerty przychodzi się zwykle sporo przed
czasem, a tutaj nie było pośpiechu, przepychanek; ludzie
schodzili się w spokoju, który nas niezmiernie dziwił.
Dzięki
zajętej pozycji przed drzwiami, jako pierwsi
zawiesiliśmy kurtki w szatni, wszak należało nam się to,
bo przecież chyba jako jedyni na koncert wyjechaliśmy z
domu kilka minut po godzinie jedenastej!
Klimatyczna sala koncertowa w podobnym bezśpiechu
zapełniała się widzami. Wiecznością było oczekiwanie na
rozpoczęcie się koncertu. Ale wreszcie na widowni zgasło
światło i zza kulis pojawił się Jarek Nohavica…
To, co
działo się przez te dwie godziny trudno opisać słowami.
Nohavicę chłonie się każdym zmysłem. Wychodzi niepozorny
Pan ze swoją gitarą i heligonką, by na kilka godzin
zawładnąć duszami i umysłami kilku tysięcy osób. Nie
robi show, nie gwiazdorzy, nie popisuje się, ale
szczerze rozmawia z publicznością i całym sobą śpiewa.
Tylko śpiewa, aż śpiewa, a my słuchamy, nie tyko
słuchamy. Zauważyliśmy, że Słowacka jak i Czeska
publiczność podśpiewuje sobie razem z Jarkiem jego
piosenki. W Polsce na żadnym koncercie nie spotkałem się
z takim zachowaniem, a tutaj całe rodziny nuciły sobie
pod nosem: „Když mě brali za vojáka” czy „Až obuju si
rano černe papirove boty”. Co innego na koncertach
rockowych, gdzie dźwięki gitar zagłuszają nawet
najgłośniejsze krzyki publiczności, ale koncerty tak
zwanych bardów odbierane są u nas w zastanawiającym
milczeniu i skupieniu.
-Myślicie, że na koncertach
Nohavicy w Polsce jest też taki klimat? – spytała
retorycznie Magda, gdyż wiedzieliśmy doskonale, że Jarek
jest u siebie i ciężko było nam wyobrazić sobie polskich
widzów tak żywo zaangażowanych.
Klimat rodzimych koncertów Nohavicy jest nie do opisania.
Każdemu fanowi Nohavicy życzę, by udało mu się w takim
właśnie koncercie uczestniczyć.
W życiu
każdego człowieka są chwile, których nie zapomina,
swoiste klisze pamięci. Dla niektórych takimi chwilami
są narodziny dziecka, ślub, czy pierwszy pocałunek. Do
kolekcji moich niezatartych wspomnień 19 listopada 2007
dołączyłem obraz, w którym Jarek Nohavica siedzi na
wysokim stołku, w ręku trzyma gitarę, puszczone z tyłu
źródło światła sprawia, że jego sylwetka jest ledwie
widoczna, a w powietrzu płyną dźwięki i słowa: „Prokletá
hodina ta minuta ta krátká chvíle kdy věci nejsou černé
ale nejsou ani bílé” nieśmiertelnego „Mikymauze”.
Płyta
„Doma” podczas powrotu zaznała długo oczekiwanego
spokoju. Kilka godzin podróży w gęstej jak mleko mgle
przebiegło nam na gorącej dyskusji o tym, czego przed
kilkoma godzinami doświadczyliśmy. Nie pamiętam tych
słów, nie pamiętam opinii – czułem się pijany muzyką
Jarka, oszołomiony, było kompletnie nierealnie.
Kiedy podjechaliśmy pod nasz dom, Darek na pożegnanie
powiedział:
- No to kiedy następnym razem wybieramy się na koncert?
Od naszej
pierwszej wyprawy na koncert Jarka minęło już prawie pół
roku. Jest 13 maja 2008 roku. Do naszej czwórki dołączył
młodszy brat Tomek (ten od gitary) i jego dziewczyna
Damaris.
W tym
czasie każda rodzinna impreza nie mogła obyć się bez
dyskusji na temat naszego Nohavicy. Pamiętam jak razu
pewnego Darek z Tomkiem po stokroć puszczali koncertowe
DVD, by zobaczyć jak Jarek na swej gitarze wykonuje
jakiś skomplikowany chwyt gitarowy. W międzyczasie Darek,
czujący kompleks swej nie dość wprawnej gry na gitarze,
sprowadził sobie aż ze Stanów Zjednoczonych instrument
tej samej marki co Nohavica, by mieć na czym konkurować
z Tomkiem, który nadrabiał braki w edukacji muzycznej i
coraz więcej i coraz lepiej potrafił już wygrać na swoim
dużo tańszym sprzęcie.
Ale
wracając do tematu: siedzimy w wypełnionej po brzegi
Sali Górnośląskiego Centrum Kultury w Katowiach. Przede
mną znajduje się starsza Pani, która co chwilę z
niesmakiem odwraca się, gdy próbuję coś nucić pod nosem
(wiedziałem, że w Polsce to nie przejdzie!); Jarek
śpiewa właśnie „Anděl strážný” – już wiemy, że to koniec
koncertu. Na chwilę odwracam od niego wzrok, by
popatrzeć na Darka i Tomka. To prawda – jako dzieci
często wadziliśmy się. Nie było nam łatwo w jednym
pokoju w trójkę spędzić całe dzieciństwo. Gdy jeden
chciał się uczyć, drugi miał ochotę oglądać telewizję, a
trzeci ot choćby pograć na gitarze, często więc zdarzały
się tarcia, kłótnie, niepotrzebnie rzucone słowa,
wyzwiska. Kiedy jako dzieci kłóciliśmy się, nie
uwierzyłbym, że kiedyś coś, a raczej Ktoś tak silnie nas
zwiąże.
Teraz więc wszyscy razem ze swoimi kobietami siedzimy i
z zapartym tchem słuchamy Nohavicy i już wiem, że po
wyjściu stąd nim rozejdziemy się – każdy w swoją stronę
– to najpierw wspólnie pójdziemy gdzieś usiąść, napić
się czegoś, pogadać, podzielić się emocjami, ochłonąć.
Obecnie planujemy wyjazd na kolejny koncert, gdyż
Nohavica już pod koniec listopada zagości w chorzowskim
Teatrze Rozrywki i podejrzewam, że Darek w swoim biurze
(gdzie wszystkich już „zaraził” Nohavicą) ma kalendarz,
na którym skreśla dni dzielące nas do tego wydarzenia, a
Tomek na pamięć uczy się tekstów piosenek, by mimo
skrzywionych min tych z przedniego rzędu podśpiewywać
sobie: „dokud se zpívá ještě se neumřelo!”
Tak więc
my – rodzina Nohavicą silna – tam będziemy. Możecie nas
poznać, żeby uwierzyć, że ta historia od początku do
końca jest prawdziwa, jak prawdziwe jest nasze szczere i
ogromne uwielbienie dla Jarka i jego twórczości.
Marcin Stachoń