JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


RECENZJE KONCERTÓW
 

Etosowiec w Operetce

Koncert Jaromira Nohavicy w ramach Festiwalu Kultury Czeskiej, 7 października 2001, Teatr Muzyczny we Wrocławiu. Ukazało się 8. 10. 2001 w Tygodniku Internetowym.

Dziwni są ci Czesi. U nas na szczytach władzy wojna elektryków i ślusarzy, u nich nie przerwanie prezyduje ukochany przez wszystkich dramatopisarz. W czołówkach polskich list przebojów Budka Suflera na zmianę z Ich Troje, w czeskich pierwszej próby poezja śpiewana Jaromira Nohavicy. Może więc nie tacy oni śmieszni? Właśnie można się o tym przekonać. Z okazji trwającego IV Festiwalu Kultury Czeskiej wspomniany bard pojawił się z recitalem na deskach wrocławskiej Operetki.

Natchniona liryka, grzmiące o padających murach protest songi i dysydenckie kombatanctwo? Nie, to jednak zdecydowanie nie w typie tego radosnego narodu skąd wywodził się Szwejk. Co im w duszy gra, lepiej wyrazi człowiek uśmiechnięty, z czeskim wąsikiem i rozwianą hipisowską grzywą. Tak jak w latach osiemdziesiątych, tak i dziś nad wieszcze pienia przedkłada żywe folkowe rytmy. W swych tekstach nigdy nie zabiera się do politycznego dyskursu. Ze swego Cieszyna obserwuje świat zwykłych ludzkich spraw i staje po stronie skrzywdzonych. Dzięki delikatnemu dystansowi do rzeczywistości i siebie samego udaje mu się uwypuklić i wydrwić groteskę rzeczywistości. Starczy mu humoru nawet by nagrać Trzy świnki, płytę z piosenkami dla dzieci. O sobie mówi, że jest kuglarzem. Pobratymcy kochają go za to, gremialnie kupując jego muzyczne albumy. Ale nie tylko oni. Ostatnio ochoczo ruszył na podbój serc Polaków, ostatecznie łamiąc monopol Eurowizji na kulturalne kontakty pomiędzy naszymi krajami. Rozpoczął w 1997 roku dwugodzinnym występem dla telewizji wrocławskiej właśnie. A porozumiewa się tutaj bez problemu, bo w naszym ojczystym języku. Mieszkając w mieście transgranicznym, sam się go nauczył, by czytać Kulturę, swoje okienko na świat za żelazną kurtyną. Dzisiaj służy rodakom przekładami utworów polskich artystów.

We Wrocławiu pojawił się oczywiście ze swoją nieodłączną gitarą i odziedziczonym po dziadku akordeonem, który zowie pieszczotliwie "Heligonką". Na scenie towarzyszyła mu dodatkowo formacja "Čechomor", dotąd w Polsce szerzej nie znana. Ale przy takim promotorze ich popularność to tylko kwestia czasu, zwłaszcza, że chłopaki przygrywają rześko na modną teraz uwspółcześnioną nutę ludową, ale i z domieszkami bluesa, czy big beatu. A na czym to oni nie potrafią koncertować! Obok pełnej perkusji i gitar elektrycznych, w tym jednej z przyklejonym Owsiakowym serduszkiem, poużywali sobie na skrzypeczkach, i na kontrabasie, i na puzonie, i trąbie, a nawet dudach i czymś, co wyglądało jak skrzyżowanie elektrycznej mandoliny z takąż bałałajką. Był też pokaz muzycznego makgajweryzmu a sztućce, szklane kufle i starą walizę. Także dowcipu im nie brakuje, bo to co i rusz któryś trąbnął koledze do ucha, albo kujnął Jaromira smyczkiem w pośladek, zmuszając go do inkrustacji wokalnego popisu wariacją na temat okrzyku "aj!" i krótkiej gonitwy po scenie. Niedzielnego wieczoru można było usłyszeć rzewne folklorystyczne zawodzenia, ale i radosne przyśpiewki. Były znane szlagiery, jak ballada Sarajewo, przejmujący głos w sprawie ludzi gnębionych wojną, czy List do prezydenta, czyli gorzko-żartobliwy apel zwykłego obywatela zagubionego w nowej rzeczywistości. Ale nie zabrakło i przebojów rubasznych, jak Kiedy odwalę kitę, który Jaromir odśpiewał w części po polsku. Inne, zwłaszcza zaś Dokud se zpívá ještě se neumřelo publiczność wykonała dla odmiany razem z nim w języku oryginalnym. Treść utworów mniej znanych artysta wyjaśniał od ręki jasno, a dowcipnie.

Pierwsze rzędy widowni zajęła zaproszona socjeta i ta do końca koncertu trzymała fason godny przybytku sztuki wysokiej. Znalazła się jednak dziewczyna odważna, która dała susa w wolną przestrzeń z boku i zgotowała sztywniakom pokaz podrygów, pląsów i hołubców. Mistrz spoglądał na to z estrady łaskawym okiem, co rychło skłoniło bardziej podatne na ludyczne rytmy plebejskie tyły sali do falowania w rzędach, klaskania i tupania do taktu. Wkrótce artyści stali się zakładnikami audytorium i musieli negocjować warunki swego zejścia do garderoby. Ledwo uszli zaborczej gawiedzi po trzech bisach z mocnym akordem w postaci eskimoskiego Marszu pingwinów w finale, po którym słuchacze tłumnie ruszyli do kuluarów ogołacać z płyt, kaset i książkowych publikacji Nohavicy znajdujący się tam kramik. Niebawem wyglądał on jak stoisko mięsne z czasów zarania kariery barda.

Niejako na deser wystąpiła grupa "Pod Budą". Zainstalowanie się na scenie z syntezatorem i trzema gitarami zajęło jej rozciągnięty do czterdziestu minut antrakt. Z tak rozbudowanym instrumentarium i statycznym sposobem bycia wypadli na tle poprzedników jak kapela pogrzebowa. Z ich występu wyzierała rutyna i zmęczenie nazbyt licznymi chałturami. Wygoniona w czasie przerwy z papierosami na wieczorny chłód publiczność ostygła do cna i nie dała się rozruszać nawet takim hitom jak Blues o starych sąsiadach, Jak kapitalizm, to kapitalizm czy Ballada o ciotce Matyldzie. Wkrótce też widownia zaczęła się przerzedzać. Snadź i mniejszy sąsiad może dać nauczkę.

Jaromir Rutkowski


biografia
fotografie
v
ideo TV
v
ideo archiwum

artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line
 

zagraniczne
strony internetowe