JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


RECENZJE KONCERTÓW
 

Koncert z duszą, choć nie było duszno…
KONCERT LODZ, 1.12.2008


     Łódzkie koncerty Jaromira Nohavicy zawsze były dla mnie wyjątkowe. Może ze względu na to, że pierwsze moje bezpośrednie (bez pośrednictwa urządzeń audiowizualnych) z nim spotkanie miało miejsce właśnie w Łodzi, a może dlatego, że koncerty w łódzkiej przechowalni miały zawsze niesamowity klimat. I to również w znaczeniu dosłownym, bo oddychać tam nie było czym.

     Tym razem sala koncertowa była większa - Jarek śpiewał w łódzkiej filharmonii. Duża sala, świetna akustyka, mnóstwo miejsca na rozstawienie instrumentów i oświetlenia… Przyznaję, że przed koncertem trochę się obawiałam, że będzie to już zupełnie co innego. Że nastrój bliskiego obcowania z piosenką musi zniknąć bezpowrotnie. Na pewno domyślacie się już - choćby i po tytule - że nie miałam racji.
Było świetnie i klimat nic a nic nie ucierpiał na tym, że sala była duża i klimatyzowana. Oczywiście, to nie jest już to samo, co na pierwszych polskich koncertach Nohavicy, kiedy jeszcze małe sale były nie do końca zapełniane publicznością, a inni widzowie patrzyli na mnie dziwnie, kiedy okazywało się, że znam teksty piosenek na pamięć… Nie to samo, ale wcale nie gorzej. Ja mam to szczęście, ze mam i tamte wspomnienia i te.
 

Warsztat Antoniego
 

     Koncert zaczął Tolek Muracki trzema piosenkami we własnym tłumaczeniu. I tutaj warto nadmienić, że to właśnie Tolek Muracki stoi za wydaniem płyty Świat wg Nohavicy. On, a raczej Warsztat Antoniego, będący, z tego co zdołałam się zorientować, przedsięwzięciem rodzinnym.Do tłumaczeń (zresztą wykonań również) pana Murackiego mam stosunek mocno ambiwalentny. Z jednej strony cieszy mnie, ze w ogóle są i że jest ktoś, kto śpiewa Jarka po polsku. Z drugiej - mam mocno staroświeckie podejście do rymu (dwa wyrazy, żeby się rymowały powinny mieć chociaż półtorej ostatniej sylaby podobne) i rytmu (w języku polskim akcent pada na przedostatnią sylabę wyrazu), a co gorsza uważam, że zarówno rym jak i rytm w poezji są istotne… Z jednej strony Tolek w swoich interpretacjach wypada naprawdę dobrze, z drugiej - to już nie bardzo są piosenki Nohavicy.

     Tym razem zostałam zaskoczona. Co prawda Moją małą wojnę (swój “sztandarowy” utwór ponohavicowy) Tolek Muracki jak zawsze zaśpiewał Kaczmarskim, ale za to dwie pozostałe piosenki w jego wykonaniu były bardzo sympatyczne (zarówno pod względem przekładu, jak i wykonania). No owszem - trudno zaśpiewać z patosem Pijcie wodę, ale Gdy jutro skoro świt też wyszło lepiej, niż się spodziewałam.
Może przy okazji wytłumaczę co mam przeciw wykonaniom pana Tolka. Otóż - moim zdaniem - śpiewa on te piosenki (weźmy tu przykład “Mojej małej wojny”) “za mocno”. Bardzo wprost, bardzo silnie przeżywając każde słowo, sprawia wrażenie, jakby bardzo zależało mu na wywarciu silnego wrażenia na publiczności, pokazaniu jej czarno na białym, w czym tkwi problem - klasyczny protest-song (taki “styl” śpiewania bardzo kojarzy mi się z Jackiem Kaczmarskim). I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że większość piosenek Jarka Nohavicy na takim wykonaniu traci.
Posłuchajcie tej piosenki (Moje malá válka - Moja mała wojna) w wykonaniu Jarka (choćby na płycie Osmá barva duhy) i w wykonaniu Tolka Murackiego. Dla mnie różnica jest bardzo wyraźna. I to - znów dla mnie - różnica na korzysć Jarka. Bo u niego słychać wyraźnie to, co chce, żeby było słychać wyraźnie, podkreślone głosem, “mocniejszym” zaśpiewaniem są fragmenty, które powinny być mocniejsze. A u Tolka Murackiego “mocna” jest całość i te fragmenty giną w natłoku.
Jednak - niezależnie od moich obiekcji - Tolek Muracki, jak już pisałam, zaskoczył mnie swoją interpretacją Gdy jutro skoro świt. I to zaskoczył pozytywnie, bo nie spodziewałabym się po nim takiej łagodnej ballady. Pijcie wodę też było ładne, chociaż publiczność była (jeszcze) zbyt sztywna, żeby brać udział w wykonaniu, o co aż się prosiło. Zresztą polska publiczność w ogóle nie przepada za śpiewaniem, a już w filharmonii…

 


Jedyny taki support


     Kiedy zakochiwałam się (zupełnie platonicznie) w Zbyszku Zamachowskim - a było to w czasach, kiedy notorycznie słuchałam (potem oglądałam) koncertu Zimy Żal i uwielbiałam Ucieczkę z Kina Wolność - nie pomyślałam nigdy, że zobaczę go jako piosenkarza i to w roli tak zwanego “supportu” przed występem innego artysty. A otóż i niespodzianka. Po Tolku Murackim na scenę wyszedł właśnie Zbyszek Zamachowski, którego szczerze kocham do tej pory. A po tym koncercie nawet jeszcze bardziej.
Pomysł śpiewania piosenek Nohavicy przez Zamachowskiego właśnie wydaje mi się zresztą doskonały. Obj panowie mają w sobie podobny rodzaj ciepła, które u Nohavicy pojawia się tylko w niektórych piosenkach, z Zamachowskiego natomiast promieniuje non stop. I dlatego właśnie te piosenki tak bardzo mi do Zamachowskiego pasują.
Tutaj też objawia się zaleta nie czytania wcześniej żadnych prasowych doniesień na temat zbliżającego się koncertu. O tym, że będzie na nim śpiewał Zamachowski, dowiedział się kiedy została zapowiedziany i mogłam się rzeczywiście szczerze ucieszyć i poczuć bardzo mile zaskoczona. Na poniedziałkowym koncercie Zbyszek Zamachowski zaśpiewał dwie piosenki (obie do wysłuchania na płycie Świat wg Nohavicy) - Starszy Pan i Na stacji Jerzego z Podebrad. Obie zresztą, tak jak pisałam przed chwilą, ogromnie mu pasują i obie “wyszły” bardzo ładnie.


 

W świetle ramp


     Ale piszę tu i piszę, a nawet nie musnęłam jeszcze atrakcji głównej i podstawowej, czyli Jaromira samego w sobie. W tym miejscu należałoby się kilka akapitów superlatyw i wyrazów uwielbienia, ale chyba wszyscy już doskonale orientują się, że zarówno Jaromira Nohavicę, jak i jego muzykę szczerze kocham i te akapity nic nowego by nie wniosły. Zamiast nich zatem skupię się na wrażeniach i porównaniach z pominięciem ogólnych “ochów” i “achów”. Zachwyty będą po prostu bardziej szczegółowe.
A było się czym zachwycać. Po raz drugi (po Poznaniu) widziałam koncert Jarka z ustawionymi efektami świetlnymi. W poprzedniej relacji nie rozpisywałam się na ten temat, teraz spieszę nadrobić niedopatrzenie. Światło jest na tych koncertach “ustawione” naprawdę genialnie.

     Przyznaję, że nie przepadam za operowaniem na koncertach światłem - wychodzę z założenia, że piosenka i artysta powinni obronić się sami, bez dodatkowych efektów. W końcu przychodzę obcować z muzyką i tekstem, a nie ze światłem. W tym jednak przypadku, efekty świetlne są naprawdę doskonałe. Dopracowane co do najmniejszego ruchu i koloru, sensownie dobrane do konkretnych piosenek, po prostu poezja.
Dodatkowo ładnie “zagrała” nasza łódzka filharmonia, która ściany za sceną wcale nie ma gładkiej, ale artystycznie “podziurawioną” - wszystkie te wnęki dawały dodatkowe efekty. Mam też wrażenie, że oświetlenie musiało być nieco na naszą filharmonię zmieniane. Nie pamiętam, czy w Poznaniu światła “wchodziły” na sufit, ale jeżeli tak, to w Łodzi taki numer by nie przeszedł - sufit Filharmonii Łódzkiej pokryty jest lustrami. Jak by nie było, wyszło znakomicie. Drobnym przykładem niech będzie fakt, że do piosenki Pane prezidente niebieski, biały i czerwony reflektor utworzyły w tle flagę Czech. Wielkie gratulacje dla tego, kto był odpowiedzialny za oświetlenie.

     Drugie brawa od razu dla tego, kto był odpowiedzialny za nagłośnienie. To też kawał dobrej roboty, chociaż - paradoksalnie - trudniejszy do zauważenia.
 


Tekst i muzyka


     I znowu. Widzicie? Twierdzę, że będę pisać o Nohavicy, a wychodzi mi światło i dźwięk. Nie dlatego, żeby nie było o czym pisać, ale za dużo jest we mnie wrażeń i ciężko je uporządkować. Ale już staram się poprawić.

     Jeśli miałabym opisać ten koncerty jednym słowem, to wybrałabym chyba “nostalgiczny”. Chodzi mi nie tylko o dobór utworów - a usłyszeliśmy całą czołówkę hitów, od Darmoděja począwszy, poprzez Sarajevo, Košilkę, Mikymauz, Až to se mnu sekne, Těšínską, Dokud se zpívá, na Komecie skończywszy - ale też o ogólny nastrój całości. Nieuniknione w tym wypadku porównanie z koncertem poznańskim, podpowiada mi, że może koncert nie był tak angażujący emocjonalnie jak ten poznański, ale za to widz (słuchacz) zyskiwał możliwość spokojnego ponapawania się twórczością Jarka. Emocje też były, ale innego rodzaju - raczej te spokojniejsze, łagodniejsze.
Oczywiście, nie znaczy to, ze zabrakło utworów wesołych, również tych z serii “dla dzieci” - poza polskim Pijcie wodę, usłyszeliśmy też Metro pro krtky i Samuraja, a także nieodmiennie optymistyczne Až to se mnu sekne i politycznie niepoprawne V jednym dumku na Zarubku.

     Przy okazji tych ostatnich, nie sposób nie wspomnieć o akordeoniście, towarzyszącym Jarkowi. Cały zresztą zespół wart jest pochwały - efekt osiągnęli niemalże jazzbandowy, z tym że zamiast tradycyjnego saksofonu wystąpił właśnie akordeon (trochę też zastępował skrzypce). Fortepian, kontrabas, gitara i perkusja pasowały natomiast doskonale i nic nie musiały zastępować.

     Wracając natomiast do akordeonu, to efekt połączenia z nim heligonki przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Pan akordeonista był rzeczywiście prawdziwym wirtuozem tego instrumentu. Wielkie brawa.



Wrażenia i impresje


     Spore wrażenie robią na mnie zawsze nowe aranżacje piosenek, które wcześniej znałam. Tutaj miałam tych wrażeń pod dostatkiem, bo nie dość, że na początek kilka polskich, nie dość, że Kapela miała brzmienie jazzbandu, to jeszcze kilka piosenek zabrzmiało w innej niż zwykle (to znaczy - innej niż jestem przyzwyczajona) aranżacji. Największą różnicę słychać było w Až to se mnu sekne. Heligonka i akordeon, a do tego dużo wolniejsze niż zwykle tempo. Zupełnie inna piosenka.

     Jak zawsze duże wrażenie zrobiła na mnie Košilka w wersji na heligonkę - jestem przyzwyczajona do tej gitarowej - brzmiąca również zupełnie inaczej. Bardzo efektownie wypadły też Mikymauz (to światło!) i Plebs Blues (ten dźwięk!).

     Tradycyjnie na koniec zabrzmiał Anděl strážný - jak zwykle a capella i jak zwykle bardzo piękny. Również - mam wrażenie - tradycyjnie, na początek (oczywiście początek części “jarkowej”) usłyszeliśmy Zamávám. Również a capella - efekt tym większy, że chwile wcześniej ze sceny zeszła nieźle już rozegrana Kapela i Zbyszek Zamachowski, a tutaj wchodzi Jarek i nawet bez gitary śpiewa, że wrócił do domu. Co tu dużo mówić, obie te piosenki - pierwsza i ostatnia - są na swój sposób magiczne.
Lekkim zaskoczeniem było dla mnie to, że stosunkowo mało zabrzmiało piosenek z najnowszych płyt. Trzy z Ikarusa, owszem, ale za to z Babylonu ani jednej. Nie żebym narzekała - nigdy w życiu - po prostu również pod tym względem koncert różnił się od poznańskiego.

     Jako pamiątka materialna pozostały mi Świat wg Nohavicy i książeczka z CD (miałam) i DVD (nie miałam) z Cieszyńskiego Nebe. Płyty już raz (tylko!) odsłuchane, DVD czeka na swoją kolej. W ten sposób mogę sobie przyjemności rozkłądać w czasie…
Trudno mi jakoś ten koncert podsumować. Marcin - z którym byłam również w Poznaniu - twierdzi, że na łódzkim bawił się lepiej. Ja na pewno zapamiętam go na długo, pomimo (a może właśnie ze względu na) zawalenia robotą i tego, że trochę czas na Nohavicę “ukradłam innym, może ważniejszym, rzeczom. Na pewno nie żałuję.

     Aha - znowu nie udało mi się dostać autografu. Podobno winien jest wirus, który artysta złapał na tej trasie… Słusznie nie lubię zimy. W ten sposób mam już dwa zaległe autografy pod rząd. Trudno - jeszcze kiedyś nadrobię.
 

 

Joanna Filipczak


biografia
v
ideo TV
v
ideo archiwum

jarek i polska
artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line