JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


RECENZJE KONCERTÓW
 

JAROMIR NOHAVICA NA POLSKICH ŚCIEŻKACH


     Kilka dni temu zakończyła się już druga w tym roku polska trasa koncertowa Jaromira Nohavicy. Podobnie jak koncerty, które miały miejsce u progu lata – wówczas swego rodzaju zapowiedź – te również połączone były z promocją wydanej właśnie płyty o poetycko brzmiącym tytule „Świat wg Nohavicy”. Tym razem jednak dwupłytowy album, a owoc wielu miesięcy zabiegów przeróżnych, ukazał się już oczom widzów w całej krasie. Zawiera 31 kompozycji Jaromira Nohavicy w przeważającej większości w przekładzie pomysłodawcy całego przedsięwzięcia i producenta płyty, Tolka Murackiego, a wykonywanych przez kilkunastu polskich artystów, których nie sposób tu wymienić, w niezwykle interesujących aranżacjach obdarowujących pieśni Jaromira niejako drugim życiem! Sam Mistrz nagrał w tym celu swą „najbardziej optymistyczną pieśń, jaką napisał”, czyli „Až to se mnu sekne” pod polskim tytułem „Gdy odwalę kitę”. I przyznać trzeba, że jeśli ktokolwiek miał wcześniej wątpliwości co do celu przeprowadzenia tego projektu, jestem przekonana, że po przesłuchaniu tych interpretacji zostaną one ostatecznie rozwiane, abstrahując już wszelako od tej prozaicznej, ale jakże dla niektórych podstawowej kwestii, jaką jest język przekazu. Dla większości z nas język oryginałów pozostanie barierą, choć – jak mawia Jarek na koncertach – nawet jeśli nie rozumiemy słów przez niego śpiewanych, dotrze do nas muzyczna aura, dotrze przekaz pozasłowny, rzec by można zmysłowy wręcz. I dowodem na tę jakość jest publiczność, która tłumnie na Jarkowe koncerty przybywa i co więcej, razem z Jarkiem po czesku śpiewa! Tymczasem Tolek Muracki powziął kilka lat temu decyzję, że targnie się na kompozycje Jaromira i stworzy „produkt” specjalnie z myślą o tych, których owa bariera językowa jednak z dala od Jarka trzyma. Bo ta płyta nie powstała z myślą o wiernych fanach ostrawskiego pieśniarza, tym potrzebna w zasadzie nie jest, choć słuchają jej z apetytem (a wiem to z własnego doświadczenia), ale jest wyśmienitą przynętą dla wszystkich, którzy dzięki tym znamienitym nazwiskom polskich wykonawców w efekcie dotrą do autora wszystkich kompozycji. Tu i ówdzie na koncertach Jaromir czasami decydował się na śpiewanie kilku swoich pieśni po polsku, a efekt był wyborny, choć widocznie dla niego samego nie do końca satysfakcjonujący, skoro oddał pole do popisu polskim wykonawcom i muzykom. Ci z kolei ukazali nieprawdopodobny potencjał jego kompozycji. Rezultat jest wyśmienity i ze wszech miar godzien podziwu! By zaostrzyć apetyty tych, którzy „Świata wg Nohavicy” jeszcze nie znają, wymienię tylko dwa z wielu świetnie brzmiących utworów: „Moją małą wojnę” w wykonaniu Tolka Murackiego i „Darmodzieja” śpiewanego przez Stanisława Soykę.

     Każdy koncert Jaromira jest swego rodzaju wydarzeniem niezwykłym, ci, którzy atmosferę tych koncertów znają, przychodzą na nie, by cieszyć się jego pieśniami, by chłonąć ich czarodziejską moc i radość, jaką publiczności niesie ten dwugodzinny spektakl z Jaromirem w roli głównej. Na scenach m.in. Krakowa, Warszawy czy Wrocławia wystąpili gościnnie artyści śpiewający na „polskiej płycie”, ich interpretacje wypełniały pierwszą część koncertów, jednak główną rolę grał zawsze sam Mistrz Ceremonii pojawiający się w części drugiej ze swoją gitarą i słynną już heligonką, by zacząć od pieśni „Zamávám”:


Klobouk svůj na věšák odkládám / tady jsem doma tady mě znáte tady to znám / jablka zrají hrušky voní / po nebi beránci se honí / klobouk svůj na věšák odkládám


     Jaromir czuje się już w Polsce bardzo swobodnie, wie, że publiczność uwielbia jego koncerty, zresztą on też nie pozostaje jej dłużny bawiąc ją i wzruszając naprzemiennie, przez co angażuje ją emocjonalnie – jak napisała jedna z jego fanek „potrafi z publicznością zrobić, co zechce”. Z jednej strony to już ponad dwadzieścia lat doświadczeń, z drugiej zaś wyjątkowa wrażliwość, wyczucie i to, czego inni muzycy zazdroszczą mu chyba najbardziej – jego charyzma. Jak napisał o Jarku Paweł Orkisz: „(…) największym mistrzem jesteś w precyzyjnej grze na uczuciach i zachowaniach publiczności”. Z trudem spogląda się na ten fenomen obiektywnie samemu ulegając czarowi sztukmistrza, właściwie szkoda czasu na jego analizowanie, o wiele bardziej satysfakcjonujące jest oddawanie się przyjemności słuchania Jaromirowych pieśni! I czy to będą te starsze, a uwielbiane nie tylko w Polsce „Sarajevo” czy „Dokud se zpívá”, czy też pojawią się nowsze, a nawet te najnowsze kompozycje z ostatniej płyty zatytułowanej „Ikarus”, aplauz budzić będą podobny. Jaromir twierdzi, że nie planuje kolejności wykonań poszczególnych pieśni przed danym koncertem, nie zakłada z góry jego przebiegu. On sam – jak mawia – słucha tego, co śpiewa (bo śpiewa też dla siebie!) i czerpie inspiracje obserwując publiczność, a więc każdy koncert wyłania się sam z przebiegu tegoż. Kiedy zabrzmią heligonkowe „V jednym dumku na Zarubku” czy też „Ostravo”, w ich niedalekim sąsiedztwie można będzie usłyszeć „Zatímco se koupeš” czy „Danse macabre”. Przeplatanie nastrojów, nagła ich zmiana wydają się być jednym z ulubionych zabiegów pieśniarza. Ale tu on sam szybko spieszy nam z wytłumaczeniem swych wyborów: niech będą odbiciem rzeczywistości – dziś radość, jutro smutek, najpierw rozpacz, potem euforia, za łzami podąża uśmiech, a za poczuciem szczęścia nadejść może szybko poczucie klęski. „Bo tak jest w życiu”. I to kolejna płaszczyzna, na której Jaromir kontaktuje się w sposób tak wyjątkowy z publicznością: w swoich tekstach dotyka problemów uniwersalnych, prostych, a jednocześnie tych najbardziej skomplikowanych, czyli życia w całej jego różnorodności. Przyznał się podczas krakowskiego koncertu, gdzie gościnnie obok Tolka Murackiego wystąpił Mirosław Czyżykiewicz, że napisał w życiu trzy „depresyjne” pieśni, z których dwie „zaśpiewał przed chwilą Mirek Czyżykiewicz”. Na deser zabrzmiała ta trzecia, którą okazała się być uchodząca za tzw. „rozliczeniową”, a otwierająca ostatni album kompozycja zatytułowana „Já si to pamatuju”. Ale nawet te „depresyjne” są poniekąd manifestem siły, by przytoczyć fragment pieśni „Plebs blues” w tłumaczeniu Tolka Murackiego: „Nie wierzę w puste słowa, wierzę tylko w siebie / Bo czego nie zagarnę – to nie będę miał / Raj mi po śmierci, głupcy, obiecują w niebie / A ja tu żyję i tu chciałbym mieć swój raj”. I z drugiej strony barykady - polska publiczność zna bardzo dobrze i darzy nieskrywaną sympatią piosenkę „Metro pro krtky”. Jej refren wymaga jednak pewnych zdolności nie każdemu danych, by móc przyłączyć się do śpiewania, i może dlatego Jaromir postanowił nauczyć nas innej piosenki z gatunku „nonsense verse”, a mianowicie „Samuraja”. I tu już łez przy wybuchach śmiechu często nie wystarczało, kiedy publiczność śpiewała razem z Jarkiem o „orangutanach na propan-butan”, a zabawa była znakomita! Reasumując, po pieśni pełnej powagi i skupienia zabrzmi pieśń biesiadna, żartobliwa, prześmiewcza, bo Jarek potrafi żartować z samego siebie, choćby namawiając Roberta Kuśmierskiego, wytrawnego akordeonistę, do zagrania najpopularniejszego sygnału „smsa” rozbawiając tym wszystkich do łez! [Panowie, muzycy! Oto i recepta! Dla nas, Polaków, zbyt poważnych, niepokornych, zadufanych w sobie, zrzędliwych i monotonnych! Spójrzcie, pojawia się oto „Czech o posturze drwala”, który czerpiąc nieukrywaną radość z własnego śpiewania, żongluje naszymi emocjami w sposób doskonały!]


Pozítří odjíždím o kus dál / ale dnes patří nám tenhle sál / zapomeň na rány a boule / tady je střed zeměkoule / zítra zas odjíždím o kus dál


     W trzeciej i zarazem ostatniej częścią koncertów towarzyszyli Jaromirowi polscy muzycy akompaniując mu na fortepianie, akordeonie, kontrabasie, perkusji i gitarze, przy dźwiękach których brzmiały wyjątkowo interesująco m.in. „Vlaštovko leť”, „Hlídač krav”, po polsku śpiewany „Petěrburg” czy też „Mám jizvu na rtu”, kompozycja o wątkach autobiograficznych z ostatniej płyty, którą w polskim przekładzie śpiewał w Chorzowie Tadeusz Woźniak, a opatrzył ją następującym komentarzem: „ Jest to najbardziej „cwana” piosenka o miłości, jaką znam”(!) Pieśni z „Ikarusa”, przez krytyków uważanego za najlepszą płytę w dorobku Jaromira Nohavicy, było tym razem znacznie więcej, by wymienić tylko tajemniczą „Prošel jsem hlubokým lesem” czy smutną doprawdy „Ty ptáš se mě".

     Tradycyjnie już koncerty kończyły się owacjami na stojąco, więc na bis pojawiały się zazwyczaj „Těšínská” i „Kometa”, by zadośćuczynić apetytom publiczności, a to receptura sprawdzona! Podobnie jak „Anděl strážný”. Jak powiedział Jaromir w komentarzu do ostrawskiego koncertu „Doma”, w dzisiejszych czasach nie jest zabiegiem wyjątkowo trudnym zwabienie „nowej” publiczności na koncert, wystarczy zręcznie przygotowana kampania reklamowa, a salę wypełnić można po brzegi. I to nie będzie wielkim osiągnięciem. Sztuką tak naprawdę jest oczarowanie publiczności do tego stopnia, że wyczekiwać ona już będzie koncertu następnego, na kolejny owa publiczność będzie powracać. I nie dziwi fakt, że od lat osiemdziesiątych Jaromir Nohavica pozostaje jednym z najpopularniejszych artystów na czeskiej scenie muzycznej, w swym własnym kraju udało mu się bowiem wcielić tę filozofię w życie dosyć szybko. Ale niebawem przyszła kolej na polską publiczność, której większa część z językiem czeskim czy w ogóle czeska kulturą niewiele miała wspólnego. I podbój tejże, a udało mu się to w wielkim stylu, uznać trzeba za osiągnięcie wyśmienite. I choć on sam dalej będzie zastrzegał się, że owszem, są ludzie, którzy jego piosenek w Polsce słuchają, ale fakt popularności swej będzie negował, jego wierni fani na koncerty wracać będą wciąż i wciąż, bo połów się udał! Bo za fantastycznymi tekstami i zapadającą szybko w pamięć muzyką kryje się wyjątkowa osobowość – magia człowieka spełnionego, autentycznego do granic możliwości, pełnego pasji i radości życia; wspaniałego przyjaciela, genialnego muzyka, wyjątkowo utalentowanego poety, tłumacza Mozartowskich oper, kolekcjonera śpiewników wszelakich, wielkiego fana futbolu, prezesa Czeskiego Stowarzyszenia Scrabblistów…!

     Polska trasę koncertową Jaromir Nohavica zamknął „u siebie” kameralnym koncertem w legendarnym już ostrawskim klubie Parnik, gdzie dokonał oficjalnego chrztu „Świata wg Nohavicy” i jednocześnie podsumowania jakże bogatego koncertowo roku, tajemniczo zarzekając się, że teraz czas na przerwę w koncertowych wędrówkach, że ma „inną robotę”. Ale miejmy nadzieję, że niedługo znów usłyszymy szybką ripostę Tolka Murackiego na niedyskretne pytanie „Gdzie jest Jarek?”, jakie padło z widowni chorzowskiego Teatru Rozrywki: „Już jedzie z Ostrawy, jest w drodze, będzie tu niebawem, do pół godziny”.


Srdce své tady vám zanechám / to je tak všechno co ještě můžu co ještě mám / na té mojí dlouhé pouti / cesty se klikatí a kroutí / srdce své tady vám zanechám



Irena French

 


biografia
v
ideo TV
v
ideo archiwum

jarek i polska
artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line