|
Gwiazda jak
kometa -
Jaromir
Nohavica wystąpił w Kaliszu
Nowe Fakty
Kaliskie - 1 /2010
Krytycy
piszą czeski Dylan. Przyjaciele i wielbiciele mówią
Jarek, tak zwyczajnie po imieniu. Ale to artysta
niezwyczajny, wyjątkowy, pełen talentów i rzadkiego
ciepła. Kiedy Jaromir Nohavica staje przed mikrofonem z
gitarą i heligonką po dziadku - muzyka nie ma granic.
Kiedy wybieram się do Pragi zawsze sprawdzam, czy
przypadkiem w tym samym czasie w stolicy Czech nie
występuje Nohavica. Dotychczas szczęście mi nie
sprzyjało, ale jak nie góra do Mahometa, to może … - i
proszę bardzo, 13 stycznia czeski bard przyjechał do
Kalisza. Zaśpiewał, zagrał, poopowiadał i chyba
wszystkich bardzo uszczęśliwił. To nie był krótki
koncert, ponad 2 godziny, a zleciał jakoś tak szybko, za
szybko.
Kiedy w jedną z czwartkowych nocy w TVP zobaczyłem
słynny „Rok diabła” Petra Zelenki, w którym Nohavica
okazał się najsympatyczniejszym diabłem na Ziemi i
później posłuchałem jego płyt pomyślałem, że oprócz
Havla (jako prezydenta), Ŝkody (wiadomo) i najlepszego
piwa na świecie możemy jeszcze Czechom zazdrościć
takiego artysty.
Kiedy zbliżał się kaliski koncert, niby wiedziałem,
czego można się spodziewać. Ale nigdy nie można być
pewnym… Było lepiej, cudowniej – było naprawdę
przepięknie. Kto nie był w ten wieczór w sali PWSZ,
niech żałuje. Nie ma sensu silić się na opisywanie, co
Nohavica zaśpiewał, zagrał i powiedział, ani jak
reagowała publiczność (kaliszanie, ostrowianie i okolice).
Takie występy się przeżywa każdym nerwem, łezką kręcącą
się w oku, spływającą po policzku, czuje na plecach,
kiedy „ciary przechodzą”. Nohavica potrafi zaczarować po
czesku i po polsku, kiedy opowiada o swojej heligonce,
którą w latach 30. kupił jego dziad i na której wygrywał
ze swoimi kumplami w gospodzie przy piwku po robocie. Po
dziadku na heligonce grał ojciec, a teraz wiernie służy
ona Jaromirowi.
Kiedy
Nohavica mówi o Polakach i Czechach, o wspólnych
korzeniach i podobnej gębie, w której można się
przeglądać jak w lustrze, to jakoś z większą nostalgią
można wspominać naburmuszonych czeskich kelnerów,
obrażone ekspedientki i wyjątkowo upierdliwych celników.
Bylo i se ne vrati…
Kiedy
Nohavica dziękował publiczności i obiecywał, że wróci do
Kalisza, może latem jeszcze tego roku, warto trzymać go
za słowo. – W Czechach śmiali się, że zamiast siedzieć w
domu na dupie, w środku zimy, kiedy cała Europa zasypana
jest śniegiem, jadę do Polski z koncertami. Dlatego
dziękuję wam, że poświęciliście mi swoje dwie godziny –
mówił może i trochę kokieteryjnie, bo przecież widział,
słyszał i czuł, że ludzie na widowni są zachwyceni.
Kiedy
Nohavica śpiewał „Kometę” to cały Kosmos zawirował - z
„Pane prezidente” i wszystkimi innymi bohaterami jego
ballad, cudownych opowieści na ciepły uśmiech, głos,
gitarę, heligonkę i akordeon. Czech nie był sam na
scenie – w kilku utworach na akordeonie towarzyszył mu
polski instrumentalista Robert Kuśnierski. Ale jak
towarzyszył – swingująco-śpiewający akordeon po prostu
powalał na kolana. I jak tu nie kochać Nohavicy, bo
przecież w naszym kraju akordeon to raczej szczyt
muzycznego obciachu (no może jeszcze niektórym kojarzy
się z muzyczną ekwilibrystyką w wykonaniu gwiazdy
programu „Mam talent”).
Kiedy
Nohavica zakończył koncert dostał owacje na stojąco – za
cudowne piosenki, ciepłe klimaty w środku mroźnej zimy,
za opowieści z rodzinnej Ostrawy, czeskiego Cieszyna,
gdzie przez lata mieszkał, za wspomnienia muzyczne z Las
Vegas, Petersburga i Sarajewa, za 14 zwrotek „Milionera”
śpiewanych po polsku i fragmenty solo z opery „Don
Giovanni” Wolfganga Amadeusza Mozarta po czesku (sam
tłumaczył) i zaproszenie do Czech. Był bis, bo jakże
inaczej, było dobre słowo na koniec, po którym zgasły
światła na scenie.
To nie
jest czeski Dylan, to jest Jaromir Nohavica – jedyny i
niepowtarzalny, mądry i przytulny, który swoimi
piosenkami dodaje otuchy i radości życia.
Jaromirze – kiedy do nas znowu przyjedziesz? A może
spotkamy się gdzieś w trasie, w Pradze, Ostrawie lub w
jakimkolwiek innym miejscu na świecie.
Przemysław
Klimek
Źródło:
|