|
Jaromír
Nohavica – dlaczego jego Polacy tak dobrze go rozumieją
MAGAZYN „DNES” - 5 / 2010
To, że Polacy kochają Nohavicę, to wiadomo.
Ale jak bardzo go kochają? Wprost
niewiarygodnie! Byliśmy na dwóch
warszawskich koncertach, na które wszystkie
bilety wyprzedano. Bilet kosztował w
przeliczeniu pięć stówek [chodzi o 500 koron
czeskich, czyli ok. 80 zł – przyp. tłum.],
przyszło po siedmiuset słuchaczy na każdy
koncert. Refreny śpiewali lekko zmiękczając,
ale po czesku. |
 |
Nawet w taki sposób może powstać artykuł: Kilka
miesięcy temu zapytałem Jarka Nohavicy, jakie są
obecnie, jego zdaniem, czesko-polskie stosunki.
Napisał do mnie mail: „Jeśli chce Pan otrzymać
odpowiedź, proszę przyjechać na jeden z moich
polskich koncertów.”
No więc wyruszyłem do polskiej stolicy, w której
rzeka Wisła właśnie wylała z brzegów, nie
przeczuwając, co mnie tam będzie czekać.
Zaskoczyło mnie wszystko. Na przykład już pierwsza
krótka rozmowa z pozornie niedostępnym Nohavicą, w
czasie której dziękowałem mu uprzejmie za to, że
możemy z nim być, zadawać pytania, robić zdjęcia:
Bardzo panu dziękuję, naprawdę!
"Ty mnie traktujesz "– roześmiał się Nohavica – "jakbym
był jakąś, kurde, gwiazdą... Za nic mi nie dziękuj i
jeśli kiedykolwiek będziesz czegoś potrzebować, to
wal jak w dym, pójdziemy na kawę i pogadamy."
No dobrze – tylko że Nohavica naprawdę jest gwiazdą,
co najmniej w Warszawie.
DARMODZIEJ
Wieczorem szedł przez miasto, po głównej ulicy...
Zapada zmrok nad przeszklonym dachem Biblioteki
Uniwersyteckiej, gdzie koncerty odbywają się tylko w
wyjątkowych przypadkach i to zawsze honor dla
artysty. Nie starczyło krzeseł dla polskich fanów,
więc tłoczymy się też na schodach i między półkami z
książkami. Wszyscy czekamy na byłego bibliotekarza,
Nohavicę, który wcale nie ma tremy. Cieszy się z
koncertu jak ogier z wyścigów.
Siedmiuset gości posłusznie wyłącza komórki, bo nikt
nie zamierza przeszkadzać w czasie następnych dwóch
godzin. Ci ludzie szanują swojego Jarka; mówią, że
to ostatni prawdziwy bard w Europie, no - może
jeszcze Paolo Conte z Włoch.
O dwudziestej piętnaście Nohavica rozpościera
ramiona, jakby witał się z księżycem, kłania się i,
oparty o wysoki stołek, zaczyna grać na gitarze
mającą już trzydzieści lat piosenkę „Darmodziej” –
piosenkę właściwie o nim samym.
Po ostatnim akordzie mówi długo po czesku, jak
bardzo podoba mu się w tej bibliotece. I jak bardzo
się cieszy z pełnej sali, choć Polska przeżywa
trudne chwile.
Przez dwie minuty mówi w ojczystym języku, ale potem
przechodzi na polski i oznajmia sucho, że przed
chwilą mówił po czesku. Polacy śmieją się.
Nohavica kontynuuje po polsku, uprzednio
przepraszając za to, że nie będzie mówił całkowicie
bezbłędnie. A właśnie że mówi prawie bezbłędnie,
czasami tylko robi urocze lapsusy. Pojawia się przy
mnie tłumaczka Magdalena Domaradzka, która wspomina:
- Pewnego razu Jarek, przekomarzając się z
publicznością, powiedział: „Teraz spokój! Ja jestem
tu kierowca!”. Polskie słowo „kierowca” pomyliło mu
się z podobnym „kierownik”...
DOPÓKI SIĘ ŚPIEWA
Z Cieszyna co kwadrans pociągi ruszają w świat,
nie spałem od wczoraj i dziś nie będę się kładł...
[przekład: Antoni Muracki]
Piosenka o cieszyńskim dworcu stała się popularna
nawet i w Polsce, refren podśpiewuje cała sala.
Nagle uświadamiam sobie, że jestem właściwie trochę
dumy z tego pieśniarza, stojącego przede mną: On
jest od nas, wiecie o tym?
Nohavica przyjeżdża tu regularnie dopiero od
dwunastu lat. Nie pomogła mu ani żadna polska
telewizja, ani żadna rozgłośnia radiowa, ani żadna
gazeta. Ale z ludźmi robi, co tylko chce.
Na szczęście mam obok siebie tłumaczkę Magdalenę. -
Wytłumaczy mi pani, skąd ten entuzjazm?
A ona mówi: Zaczęło się od tego, że w Polsce
wyświetlano „Rok diabła” Zelenki – i nagle ludzie
zaczęli pytać, kim jest ten Nohavica. Moim zdaniem
odniósł taki sukces przede wszystkim dlatego, że
wypełnił lukę na polskim rynku muzycznym. U nas
wszyscy uznani artyści są zbyt poważni, więc
właściwie zazdrościmy Jarkowi, że potrafi mieć
dystans, być na luzie. Nikt z Polaków tego nie
potrafi.
CIESZYŃSKA
Gdybym urodził się tu, w tym mieście przed stu
laty, to u Larischów dla mojej lubej rwałbym kwiaty...
Przed wykonaniem piosenki o starym Cieszynie
Nohavica zaprasza na scenę kolegę z Warszawy,
wspólnie z którym regularnie koncertuje w ostatnich
miesiącach – akordeonistę Roberta Kuśmierskiego.
Teraz już jest pewne, że się dobrze bawi, zaczyna
żartować.
"Trochę mi smutno" mówi do mikrofonu "bo mój Baník
zajął dopiero trzecie miejsce w lidze. A ty komu
kibicujesz, Robercie?"
Wszyscy na sali wiedzą, że akordeonista jest kibicem
warszawskiej Legii, która wypadła jeszcze gorzej,
była czwarta, zatem nie zagra w europejskich
pucharach. Nohavica po prostu przekomarza się z
przyjacielem...
Później mówi mi całkiem na poważnie, dlaczego teraz
jeździ na koncerty z Polakiem:
"Robert świetnie gra na akordeonie, dodaje moim
piosenkom jakby wschodniego powiewu, nowego kolorytu."
GWIAZDA
Leżała w błocie gwiazda pięcioramienna goła...
Dopiero dziesiątą piosenkę wieczoru Nohavica śpiewa
po polsku. Smutny to utwór, w Czechach znany jako
„Hvězda”. Zmiana języka nie wywołuje żadnej reakcji
publiczności, która pozostaje równie gotowa i pełna
entuzjazmu, jak przy poprzednich dziewięciu
piosenkach.
Pytam później Nohavicy, czy zamierza wprowadzać do
repertuaru kolejne piosenki po polsku, ale on
podobno właściwie nawet nie chce.
"Sądzę" mówi "że Polacy by sobie tego nie życzyli.
Przecież na tym polega czar, kiedy słucha się na
przykład Okudżawy, umiejąc trochę po rosyjsku, ale
nie rozumiejąc wszystkiego. Jeżeli chcesz poznać
piosenkę, musisz wziąć słownik i poprzez
poszukiwania w nim uchylić rąbka jej tajemnicy – to
zawsze mi się podobało. I dlatego większość moich
piosenek będzie nadal śpiewanych po czesku - też
chcę zachować choć trochę tajemniczości."
W PEWNYM DOMKU
W pewnym domku na Zarubku miał raz chłopok śwarną
babku...
Za każdym razem po utworach poważnych następują
wesołe, jak ten o chłopku, który musiał uciec się do
użycia przemocy domowej z powodu swojej dziołchy.
Piosenka jest śpiewana w gwarze śląskiej, „po
naszemu”, a publiczność dobrze się bawi, co artysta
na scenie komentuje krótkim zdaniem: „Moje koncerty
przypominają delfina.”
Nie rozumiem za bardzo. Niby że pieśni skaczą w górę
i w dół, od kabaretowych do melancholijnych?
Nohavica odpowiada mi później: "Tak, ale to nie
odnosi się tylko do dramaturgii koncertów, życie też
powinno tak wyglądać. Na przykład w relacjach –
dobrze, gdy jest się w domu, ale potem znika się na
dwa tygodnie, wędrując z plecakiem do dalekich
krajów i wraca z naładowanymi akumulatorami. I w ten
sposób zawsze ma się coś, czego można z radością..."
WIRTUALKA
Otevři mi lásko moje.
Nie otworzę, bo się boję..
Teraz Nohavica ma podobno mały prezent dla
dzisiejszej wspaniałej publiczności: Napisałem
czesko-polską poezję miłosną! I recytuje wiersz o
polskiej dziewczynie, która długo odmawia czeskiemu
chłopcu, ale w końcu wpuszcza go do swojego pokoju.
Widzowie śmieją się serdecznie, a Nohavicy błyszczą
oczy z radości. Ma zrobić z tego wiersza od razu
Wirtualkę, czyli pewnego rodzaju aktualny felieton w
formie piosenki, który publikuje co tydzień na
swoich stronach stronach internetowych. I Nohavica
tak właśnie robi następnego dnia, bardzo prosto.
Podczas próby w ciągu pięciu minut wymyślają razem z
akordeonistą Robertem melodię, nagrywają piosenkę,
jeszcze w bibliotece spotykają ukraińskiego
studenta, który właśnie otwiera swoją skrzynkę
mailową, a ten wysyła ją do Czech, więc już za kilka
godzin każdy będzie mógł przesłuchać ją sobie w
komputerze.
Nohavica jest zawsze w gotowości i swoje pomysły
realizuje natychmiast. Kiedy na przykład na
warszawskim koncercie dostaje od fanki czerwoną różę,
ogląda ją, mówiąc jakby sam do siebie: "Czerwona
róża w bibliotece, tak mi się podoba... utonęła w
rzece."
Więc tak bezpośrednio, w mgnieniu oka, powstają
refreny jego piosenek? "A jak miałyby powstawać? "
dziwi się Nohavica "Przecież ja piszę piosenki od
czterdziestu lat, pracuję długie lata w tym fachu."
PANE
PREZIDENTE
Panie prezydencie, chciałbym się wyżalić, że moje
własne dzieci już całkowicie o mnie zapomniały...
Minęła połowa koncertu, a wielu ma łzy w oczach w
czasie słuchania rozpaczliwego listu do pana
prezydenta. To znaczy ja mam. Jestem prawie pewien,
że Nohavica za chwilę powie o tym, jak bardzo
przeżył kwietniową tragiczną katastrofę samolotu w
Smoleńsku, w której stracił życie między innymi
również polski prezydent Lech Kaczyński.
On jednak wcale nie wypowiada słów „Smoleńsk”, ani „Kaczyński”.
Bardzo mnie pan tym zaskoczył.
Dlaczego? Przecież milczenie też jest wymowne. Jak
to możliwe, że przy tej piosence przypomniała się
panu tragedia smoleńska, choć nie powiedziałem o
niej ani słowa? Bo czasami mniej znaczy więcej...
Czasami nie musimy nic mówić, a ludzie sami
zrozumieją wszystko.
Co pan czuł, kiedy dowiedział się pan o tej
nieszczęsnej katastrofie samolotu?
- Ja nawet znałem osobiście kilku ludzi z tego
samolotu. A nawet gdybym nie znał, byłby to ogromny
cios i tak. Wystarczy. Po co więcej o tym mówić?
Natychmiast napisałem list do Polaków, że jest mi
smutno i że przekładam kwietniowe koncerty, ale
potem w „Aha” [czeski tabloid – przyp. tłum.]
napisali, że podobno Nohavica miał załamanie nerwowe.
Nie, nie załamałem się... I właśnie z takich powodów
nie chcę o tym opowiadać, to moje prywatne sprawy.
SARAJEWO
Przez step galicyjski wiatr złowrogi wiał,
wszystko, co mieliśmy, woda wzięła nam...
„Sarajewo” to
smutna piosenka. Kto wie, czy tym dwojgu młodym dane
będzie jutro wziąć ślub, pewnie nie. A Polacy mają
smutek we krwi, więc, zgodnie z oczekiwaniami, burza
oklasków po pierwszych taktach.
Moją uwagę zwraca przede wszystkim jasnowłosa Edyta
Geppert, siedząca w trzecim rzędzie – to jakaś
polska Hana Hegerová, której Nohavica dedykuje tę
właśnie piosenkę.
Edyta jest wzruszona, chociaż bardzo dobrze zna „Sarajewo”
sama wykonywała ten utwór. To było tak –
trzydzieścioro znanych polskich artystów dwa lata
temu nagrało swoje wersje piosenek Nohavicy;
podwójny album nosi tytuł Świat według Nohavicy.
Powiedziałbym, że to niebywały hołd, ale...
"Nie" poprawia mnie później Nohavica "wykreślmy z
tej rozmowy słowa takie, jak hołd i trzymajmy się
faktów. Naprawdę się cieszę, że za granicą wydano
taką płytę w interpretacji znakomitych wykonawców i
mogę powiedzieć w tej sprawie tylko jedno: Dziękuję,
że wam się to spodobało.”
Dzisiaj „Świat według Nohavicy” ma już status
platynowej płyty – sprzedano ponad dwadzieścia
tysięcy egzemplarzy.
TRZY ŚWINKI
Idą świnki trzy, świat poznawać zły...
Ten tak zwany
delfinopodobny scenariusz znakomicie zdaje egzamin –
ci, którzy przed chwilą płakali przy „Sarajewie”,
teraz naśladują świnki w refrenie „ui-ui, ui-ui,
uiiii”.
Jednak Nohavica jest myślami gdzie indziej; nagle
mówi: "No, widzicie – w jednej z poprzednich
piosenek maszerowali Eskimosi, teraz maszerują
świnki, a za chwilę wszyscy będziemy maszerować tak,
jak niedawno przez wulkan Eyjafjallajökull..."
Nohavica potrafi wypowiedzieć tę islandzką nazwę
naprawdę bezbłędnie i kontynuuje:
"Z Ostrawy do Warszawy będzie się maszerować sześć
dni. Ludzie wyruszą tylko w naprawdę ważnych
sprawach..."
Po koncercie przypominają mi się jego słowa: Kiedy
mówił pan o tym, że kiedyś znowu będziemy musieli
chodzić piechotą, żartował pan? "Nagle przy „Świnkach”
mi się przypomniało, że kiedy po raz pierwszy pył z
wulkanu zakrył Europę, to ku własnemu zdziwieniu
uświadomiłem sobie, że mi nie przeszkadza, że nie
będzie lotów - no i co z tego?" Ale ja przecież
właśnie przyleciałem do pana do Warszawy, samolotem...
"Dobrze, ale przespaceruj się po praskiej starówce,
spotkasz tam tłumy włoskich studentów, którzy
przylecieli na weekend lotem czarterowym i bezładnie
tułają się po mieście, co najwyżej odkrywają wciąż
te same trasy turystyczne, które są na całym świecie
jednakowe. Takie wycieczki są do niczego. Jeśli
chcesz odkryć coś ważnego, to po prostu dojdź tam na
własnych nogach! Jak będziemy iść do Warszawy przez
sześć dni – to znaczy, że naprawdę idziemy po coś,
no i że przynajmniej chwilę tam zostaniemy."
GDY SZLAG MNIE
WRESZCIE TRAFI
Gdy mi włożą moje buty czarne, toż to będzie
rychtyg, kiedy moja stara wreszcie pojmie, że dziś
już bez szychty...
Nadchodzi czas na
bisy, najpierw „Petersburg” po polsku, przy którym
publiczność klaszcze w rytm, potem fani wołają, że
chcą „Kometę”, no i dobrze, dostaną, ale koncert
jeszcze się nie kończy.
"Jesteście wspaniali, nie mam siły stąd wyjść" –
kłania się Nohavica. "Zagram jeszcze jedną, będzie
to najbardziej optymistyczna ze wszystkich moich
trzystu piosenek. Nazywa się Gdy szlag mnie wreszcie
trafi”.
Po koncercie upewniam się, czy dobrze zrozumiałem:
Naprawdę? To pieśń o śmierci jest tą najbardziej
optymistyczną? "Dokładnie tak " odpowiada "bo jest
weselsza niż śmierć... Boimy się śmierci, ale jeśli
stawimy jej czoła w piosence, to jest wesoło. Nie
znam weselszego tematu niż szydzenie ze śmierci."
Koncert się kończy, a ten jutrzejszy będzie podobny
do dzisiejszego. Kilka innych piosenek, jakieś nowe
dowcipy i anegdoty, ale reakcje polskiej
publiczności pozostaną takie same. Nohavica znowu
stanie z brzegu sceny, otworzy ramiona, pomacha
bukietem kwiatów i powie: "Uważajcie na siebie."
PODSUMOWANIE I PODLICZENIE
Już po koncercie, serdecznie gratuluję. To było
trzydzieści świetnych utworów, dwa razy płakałem,
pięć razy się śmiałem.
Dźwiękowiec Jakub mówi mi, że ten koncert wcale nie
był wyjątkowy, pod żadnym względem:¨"Większość jest
tak samo dobrych, jak ten..." Skąd to się bierze?
"Jarek nie kieruje się już wcale motywacją finansową,
występuje tylko wtedy, kiedy chce i dla ludzi,
którzy jego chcą. Nie występowałby, gdyby tak to nie
wyglądało"- spekuluje Jakub.
Z kasy wraca zadowolona manager Jana, która w ciągu
dwóch dni sprzedała sto płyt i pięćdziesiąt
śpiewników po czesku.
Pytam zatem Nohavicy bez ogródek – na ile Polska
jest dla niego interesująca z powodów finansowych?
Nie chce operować konkretnymi liczbami, ale coś
jednak mi powie.
"Mnie nie zapraszają żadne instytuty czeskie ani nic
podobnego, koncertuję tak, żeby mi się zwróciło. Z
tego, co ludzie płacą za bilety, zapłacimy za salę,
aparaturę, światła, hotele, podróż, a co zostanie –
tym się dzielimy. Zawsze trochę zarobimy i to dobre
poczucie, że się udaje."
Zanim wyjdzie przed bibliotekę, żeby rozdawać
autografy, zadaje mi zadanie matematyczne na ten
temat.
"Dzisiaj sprzedano około sześćset biletów, więc z
tego jest mniej więcej trzysta tysięcy [koron
czeskich, czyli około 48 000 zł – przyp. tłum.]
Wynajęcie sali było drogie, spaliśmy w przyzwoitym
hotelu, więc ile Nohavica mógł zarobić? No – trochę
zarobił."
Ale potem już naprawdę wybiega na zewnątrz do swoich
cierpliwych polskich wielbicieli, a mnie zostawia,
żebym sobie policzył.
Opis zdjęć:
SPACER PONAD
KSIĄŻKAMI. Gmach biblioteki jest bardzo ciekawy. Na
jego dachach znajdują się ogrody, po których
Nohavica spacerował.
NIEPOTRZEBNY PLAKAT. To prawda, dziś wieczorem jest
koncert Nohavicy. Ale i tak już nie ma biletów.
AUTOGRAFY NOCĄ. Wyjdzie do fanów dopiero pół godziny
po koncercie. Czekają.
SPADEK. Heligonkę kupił w 1931 roku dziadek Nohavicy,
Franciszek. A kiedyś odziedziczy ją syn, Jakub.
WIĘCEJ NIŻ MUZYKA Nohavicy towarzyszy
oświetleniowiec, który z wyczuciem dobiera kolory
świateł do piosenek. Zależnie od nastroju.
Tomáš Poláček
Tłumaczenie:
Magdalena Domaradzka
Zdjęcia: Josef Vostárek
Źródło: Magazyn „Dnes”
|