JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


WYWIADY
 

Jaromir Nohavica - wywiad

Panorama Kultur, 2003

W dniach 11 - 18 listopada 2003 miała miejsce trasa koncertowa Jaromira Nohavicy w Polsce. Koncertował w Warszawie (12.11), Gliwicach (tam również miała miejsce noc z czeskim filmem i degustacją potraw czeskiej kuchni), Kaliszu (w czasie międzynarodowego festiwalu poezji wystąpiły też zespoły z Niemiec i Ukrainy), Wrocławiu (wspólny występ z Grzegorzem Turnauem jako część Koncertu Wyszehradzkiego) i Krakowie.

Podczas pobytu trwała też promocja najnowszej, dziewiątej płyty "Babilon", która wyszła 3. listopada, jednocześnie w Czechach, Polsce i na Słowacji. W polskiej wersji dołączono tłumaczenia tekstów autorstwa Renaty Buchtovej-Putzlacher i bonus w postaci piosenki "Milionerzy", śpiewanej przez Nohavicę po polsku.

Do dystrybucji kinowej, niestety tylko w wąskim zakresie, w kinach studyjnych, wchodzi "Rok diabła" - paradokumentalna opowieść o współpracy Nohavicy, Karela Plihala, grupy Czechomor i grupy filharmoników, a także o nałogu alkoholowym, który Nohavica pokonał. Film magiczny, urzekający, nie poddający się jednoznacznej interpretacji. Szczegóły dotyczące dystrybucji na: www.independent.pl.

Na rozpoczęcie oficjalnej części wizyty Nohavicy w Polsce miała miejsce konferencja prasowa z nim, i organizatorem jego pobytu, tłumaczem i wykonawcą jego piosenek Antonim Murackim. Konferencja odbyła się 12. listopada w Czeskim Centrum przy Ambasadzie Republiki Czeskiej w Warszawie.

Na miejscu była wysłanniczka Panoramy Kultur - Magdalena Domaradzka. Poniższy tekst został złożony z wypowiedzi Nohavicy zanotowanych podczas konferencji i podczas późniejszej rozmowy z naszą dziennikarką.
 

Na początku grał Pan sam, potem przyszły aranżacje z Karlem Plihalem, aż do płyty "Dziwne stulecie", niezwykle przemyślanej muzycznie. Na najnowszej płycie "Babilon" w czci piosenkach towarzyszą Panu inni muzycy - na gitarze Plihal, na trąbce Radek Poboril z grupy Cechomor, czy Vit Sazavsky. Czy woli Pan występować sam, czy z zespołem lub innym muzykiem? Na jakim instrumencie woli Pan grać na koncertach: na gitarze czy na akordeonie?

J.N.: Czy nie będzie się pani gniewać, jeśli będę się starał odpowiadać po polsku? Kiedy tu jestem, mówię publicznie po polsku, to jest to trochę złudzenie: ja udaję, że mówię, a ludzie udają, że rozumieją. Jestem w Polsce drugi dzień i dlatego to trudne: do głowy przychodzą czeskie myśli, które muszę dopiero przetłumaczyć, i wygląda to tak, jakbym był bardzo głupi. Jestem, ale nie aż tak.

Co lubię bardziej na scenie - samotność czy zespół kolegów? Jak dla mnie wygodniej - gitara czy heligonka? Odpowiedź brzmi: tak samo.
Życie jest różne i jestem szczęśliwy mogąc zmieniać: instrumenty, to, czy gram sam, czy z kimś, piosenki smutne z wesołymi. Dla mnie to przyjemność, że ten wachlarz przeżyć, tak szeroki, zależy od nastroju; to jak z ludźmi - człowiek, jak delfin w morzu, zanurza się i wynurza. Gdy gram na gitarze, już się cieszę, że za chwilę wezmę do ręki akordeon.

Wyjaśniając tytuł Pańskiej poprzedniej płyty, "Moje smutne serce" mówił Pan, że takie właśnie są piosenki na niej: Pańskie, smutne i płynące z serca. A jaka jest nowa płyta?

J.N.: Zdecydowanie bardziej ascetyczna. Czternaście piosenek, plus ta polska, to właściwie tylko głos i jeden, czasem dwa, instrumenty.
Gdybym miał odwagę, to chciałbym kiedyś nagrać płytę, gdzie tylko recytowałbym poezje - sama magia słowa. Na przykład Seiferta, albo ten wiersz Nezvala:
"Kochanie - masz w ustach wiśnię słodką - smakuje ci?
Taki dzień, jak ten dzisiejszy - już nie powróci".

Było dziesięć wersji tytułu nowej płyty. Gdyby zwyciężyła wersja "Marzenka i Eskimosi", też byłoby dobrze. Tytuł "Babilon" jest trochę symboliczny - w sensie postmodernistycznym - świat jest pełen wydarzeń smutnych, i wesołych, i takie piosenki są na tej płycie: wesołe, jak "Milionerzy", i poważne, jak "Babilon" właśnie. Płyta "Dziwne stulecie" opowiadała o wieku dwudziestym, "Babilon" otwiera wiek dwudziesty pierwszy, a ja jestem trochę jak dziecko z tej piosenki, które zgubiło się mamie.

Jaka jest różnica między polską a czeską wersją najnowszej płyty?

J.N.: Te krążki są właściwie identyczne. Na polskim jest dodatek - piosenka "Milionerzy", o chłopku, który przychodzi do studia, by wziąć udział w tym teleturnieju. Ma 14 zwrotek - wczoraj do wpół do pierwszej w nocy uczyłem się ich na pamięć, by móc ją zagrać na dzisiejszym koncercie, ale to trudne nawet po czesku. Zobaczymy.

Czy to była pierwsza próba śpiewania po polsku?

J.N.: Nie, śpiewałem już wcześniej, ale to trudne. Język polski jest przepiękny, i nie chcę, by brzmiało to śmiesznie - w piosence "Milionerzy" to akurat nie przeszkadza, ale w innych mogłoby. Śpiewałem "Jaskółko, fruń", "Sarajewo", "Petersburg" na koncercie w radiowej Dwójce, doskonale przetłumaczone przez Tolka Murackiego. Myślę, że o ile nadaje to się na koncert, to jednak nie na płytę. Pieśń jest kruchą formą. Gdy słucham piosenek polskich kolegów, nie do końca rozumiem, o czym śpiewają, ale to nie przeszkadza mi w odbiorze. Tak samo i ja, śpiewając po czesku, mogę być zrozumiały dla polskich fanów.

Antoni Muracki: Może uzupełnię: dwa lata temu mieliśmy taką tygodniową , bardzo owocną sesję nagraniową w studiu w Jabloncu nad Nisą, i powstał nawet pomysł, by Jarek nagrał całą płytę po polsku. Ostatecznie stwierdziliśmy jednak, że choć wykonał gigantyczną pracę przy nauce wymowy, różnice są jednak duże, i siła oddziaływania piosenek jest większa, gdy są śpiewane po czesku.

Jak wytłumaczyć fenomen, ze polscy słuchacze, choć nie rozumieją czeskiego tekstu, tak świetnie odbierają to, co Pan śpiewa? No, poza specjalnym przypadkami, jak studenci bohemistyki z Torunia, którzy znali wszystkie teksty na pamięć i pomagali je Panu śpiewać?

J.N.: Tak, to właśnie dowód, ze w Polsce jestem u siebie. Gdybym pojechał np. na Ukrainę, nie byłoby czegoś takiego, bo nie ma tej wspólnoty. Choć ludzie, którzy nie rozumieją słów piosenek, odbierają je sercem. Występowałem w Stanach Zjednoczonych, w sali, gdzie na 400 osób tylko połowa była pochodzenia czeskiego, reszta nie, a reagowali świetnie. Ale wolę występować tutaj, to jeszcze moje podwórko, choć lubię poznawać nowe kraje, to przyznaje się, ze jestem reliktem epoki austro - węgierskiej. Czechy, Słowacja i Polska - to mój region, a ja mieszkam w Ostrawie, w samym centrum. Do Pragi mam cztery godziny jazdy, do Warszawy cztery, do Bratysławy trzy, do Wiednia znowu cztery. Praga leży na uboczu w stosunku do Ostrawy. Warszawa przypomina mi dzielnicę Ostrawy - Porubę, gdzie mieszkałem, a z niej do Pragi to dziesięciogodzinna wyprawa pociągiem. Nie mam nic przeciwko naszej stolicy, ale śmieje się, gdy prażanie mówią mi, że mieszkam na uboczu. To oni są na uboczu!

Czy planuje Pan wydanie w Polsce innych swoich płyt? Na przykład tej nagranej z kapelą? Jest bardzo dobra.

J.N.: To już pytanie marketingowe, nie do mnie. Ja staram się pisać i śpiewać piosenki. Myślę, że jeżeli ludzie chcą mnie słuchać, znajdą jakiś sposób. Nie przyjechałem tu podbić polskiego rynku muzycznego, nie jestem kimś w rodzaju Robbiego Williamsa. Gdybym otrzymał propozycję wydania w Polsce np. płyty z dwudziestoma moimi najlepszymi piosenkami, byłbym za. Nawet w Czechach nie mam takiej płyty. Czesi, którzy chcieliby ją kupić, musieliby więc zrobić to w Polsce.

Jakie piosenki, Pana zdaniem, powinny znaleźć się na tej płycie z wybranymi dwudziestoma? Wg jakiego klucza by Pan wybierał?

J.N.: Po prostu - posadziłbym dwudziestu czy dwudziestu paru moich przyjaciół i każdego poprosił o wybranie jednej. Pewnie znalazłyby się tam: "Mikimauzoleum", "Aż odwalę kitę", "Gdy jutro skoro świt", "Cieszyńska", "Moje małe wojny", "U stóp starej fontanny", może jeszcze inne...

Napisał Pan hymn ulubionej drużyny futbolowej, i jeszcze drugi hymn...

J.N.: Chodzi o "Kiedy brali mnie do wojska", śpiewaną przez poborowych.
Co do piosenki o Baniku Ostrava, to pieśń śpiewana przez kibiców na stadionie: jednorazowo 15-20 tysięcy ludzi, fantastyczna atmosfera.
Napisałem też kiedyś piosenkę "przeciw" drużynie piłki nożnej Sparta Praha, gdzie są słowa "hanba! Sparta!", itd. Gdy Sparta grała u nas, nasi kibice śpiewali, prascy nie - taka jest Praga, wiadomo, stolica. Mam zresztą wrażenie, że ten hymn "Baniczku, Pan Bóg z tobą, nie opuścimy cię" jest podobny do pieśni kibiców GKS Katowice, czy czegoś takiego. Takich czesko - polskich pieśni jest w moim regionie mnóstwo.

Jadąc tu dużo myślałem o tej mojej krainie - to trochę taki Nowy Jork. Ludzie mnie często pytają: "Jak pan nauczył się po polsku?", odpowiadam wtedy jak Szwejk, gdy go pytano, skąd zna niemiecki - "Po prostu - sam z siebie". My, na Śląsku, dużo rzeczy musimy robić i umieć sami z siebie.

Jakie są Pańskie kontakty z grupą "Cafe Avion"?

J.N.: Cafe Avion to nieformalne stowarzyszenie ludzi w Cieszynie, krzewiących kulturę czeską i polską, spotykających się co jakiś czas, organizujących wieczorki, kabarety, itd. Jest tam m. in. Renata Putzlacher. Nazwa pochodzi od kawiarni w baszcie nad brzegiem Olzy. Basztę wysadzili w powietrze uciekający z miasta Niemcy. Cieszyn to ciekawe miasto - mieszkałem tam 20 lat, moja żona z niego pochodzi. W czasach, kiedy nasze kraje były w jednym, bratnim obozie nie można było przejść nawet na drugą stronę Olzy. Most na rzece dzielił, a nie łączył - to były właściwie dwa mosty w odwrotnych kierunkach. Na szczęście teraz to się zmienia. Ale to trudny region. Budujmy więc nadal porozumienie między Czechami i Polakami, choć nie chcę wtrącać się w politykę, jestem dobrej myśli.

A propos stosunków czesko - polskich, powiedział Pan kiedyś, że Czesi i Polacy lubią się bardziej, niż chcą się do tego przyznać. Z czasów, kiedy pracował Pan w bibliotece w Cieszynie (Nohavica ukończył Studium Bibliotekarskie - przyp. M. D.) zachował Pan podobno wspomnienie, że po jednej stronie sali stały półki z książkami polskimi, na drugiej z czeskimi i Pan chodził od jednej do drugiej. Jak Pan sądzi, czy proces "łączenia" tych dwóch stron biblioteki, zapoczątkowany m. in. dzięki panu, trwa nadal? Na jakim jest etapie?

J.N.: Ja naprawdę powiedziałem to zdanie o Czechach i Polakach? Ależ to świetna sentencja, może powinna zostać wyryta na murach ambasady? (śmiech). Nie chcę być postrzegany jako człowiek, robiący coś wielkiego dla stosunków czesko - polskich. Dużo ludzi tam działa, dużo spraw się dzieje, najczęściej dzięki powiązaniom rodzinnym, miłości - to zadanie dla współczesnych Romea i Julii. Moja żona, choć jest z Cieszyna, jest Czeszką z czeskiej rodziny. Ja właściwie jestem tylko obserwatorem tych procesów, chodzącym od jednej półki do drugiej, i wybierającym z nich książki.

I tak właśnie robiłem - czytałem m. in. opowiadania Iwaszkiewicza - świetne opowiadania. Zazdroszczę go polskiej kulturze i literaturze, choć i czeska ma wielkie nazwiska. Miałem to szczęście, że mogłem poznawać polską kulturę - nie wszyscy je mieli.
Ja jestem i pozostanę Czechem - Czechem lubiącym Polskę i Polaków.

Kończąc, chciałbym zaprosić Państwa na moją stronę internetową. Z częścią po czesku, angielsku i polsku. Internet to wspaniała sprawa.

Magdalena Domaradzka


biografia
fotografie
v
ideo TV
v
ideo archiwum

artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line
 

zagraniczne
strony internetowe