JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


WYWIADY
 

Jestem Czechem pełną gębą
mówi Jaromir Nohavica

Wywiad z Chorzowa (przeprowadzony przed koncertem i opublikowany w
Tygodniku "Chorzowianin" nr 47 (268) z dn. 23.11.2005

 

Jak zapamiętał pan dzień, w którym napisał swoją pierwszą piosenkę?

Wszystko zaczęło się w dniu, w którym ojciec kupił mi gitarę. Chyba już po dwóch tygodniach napisałem pierwszą piosenkę. Miałem wtedy jakieś trzynaście lat. Ale jeśli pyta pan o pierwszą „poważną” piosenkę – to utwór „Přelezl jsem plot” („Przeszedłem przez płot”), który napisałem będąc w wojsku. Śpiewam tę piosenkę do dziś.   

Dużo o miłości, dużo o życiu i dużo o Bogu... którego nie ma – to cały Jaromir Nohavica? 

Ale mnie pan streścił... Uogólniając, można tak powiedzieć, ale ja myślę, że piszę i śpiewam o wszystkim co mnie otacza. Kiedy niedawno podsumowywałem swoją dotychczasową twórczość zauważyłem, że wątkiem który coraz częściej wraca jak refren jest śmierć. Człowiek jest istotą śmiertelną i nie ma od tego odwrotu. Przyzwyczaiłem się do „tu i teraz”, ale dużo rozmyślam o tym, co jest - czy raczej może być - poza życiem. Mam w repertuarze utwory poważne i niepoważne – takie, jakie jest życie. Ludzka egzystencja to przecież cały wachlarz barw – od czerni do bieli. I ja staram się to pokazać.  

Pisanie o śmierci ma pana z nią oswoić? 

Nigdy do końca nie wiemy dlaczego robimy to, co robimy, ale być może ma pan rację? Może rzeczywiście chcę się jakoś tymi piosenkami do śmierci przytulić?

W jednym ze swoich najsłynniejszych utworów śpiewa pan wprost: „Wiem, że Cię nie ma, Boże, ale w końcu gdybyś był tak...” – jak to więc jest z tym Bogiem, którego nie ma?
– Mogę swoimi piosenkami tylko próbować skracać dystans pomiędzy trudnym pytaniem i odpowiedzią na nie. Wiem, że do pełnej, satysfakcjonującej odpowiedzi nie dojdę nigdy.  Zwłaszcza, że na niektóre pytania nie ma jednej odpowiedzi. Tak samo jest z piosenkami – dobry, udany utwór nie mówi tylko o jednym - ma w sobie dużo treści między słowami, między dźwiękami melodii. Nie ma jednej odpowiedzi na pytania o Bogu - wszak jest jeden Bóg, jest ich więcej, jest mnóstwo...

Jest pan dla mnie podręcznikowym przykładem Czecha. Czy pan też tak czuje? Identyfikuje się pan w pełni ze swoim narodem? 

Znalazłem kiedyś w jakimś polskim podręczniku językowym określenie „pełną gębą” – bardzo mi się spodobało i odtąd mówię o sobie „Czech pełną gębą”. To jest dla mnie bardzo ważne. Uważam, że w świecie pełnym ludzi, przy powszechnej dążności do unifikacji czyli chęci stworzenia na ziemi „wielkiego Mc Donalds’a” w którym wszyscy posługujemy się językiem „basic english” być kimś to podstawowa wartość. Ja jestem Czechem tak, jak pan jest Polakiem - to jest dla nas podłożem wszystkiego w życiu.
Ja wiem - jesteśmy Europejczykami, z ludźmi z różnych zakątków świata komunikujemy się używając „basic english”, będąc w podróży jemy w barach szybkiej obsługi - w „fast foodach”. To jest potrzebne i wygodne, ale kiedy wracamy do domu są wigilie i przy rodzinnym stole pełną gębą smakujemy potrawy narodowe. Jesteśmy częścią świata, częścią Europy, ale przy tym - ciągle jesteśmy i musimy być przedstawicielami swoich narodów - nie możemy zapomnieć, że tak naprawdę jesteśmy Czechami, Polakami czy Francuzami. Jesteśmy w domu tylko tam, gdzie rzeczywiście jesteśmy w domu. Dom jest tylko jeden!

A czym jest dla Pana wobec tego Unia Europejska?

Ja widzę ją tak – otwarta przestrzeń Europy jest fantastyczną szansą dla międzynarodowych kontaktów i współżycia: mogę swobodnie podróżować, spotykać się z rozmaitymi ludźmi, porozmawiać, pośpiewać, pohandlować, zamieszkać gdzie mi się podoba i to jest wspaniałe. Ale do unijnej biurokracji jestem nastawiony sceptycznie - gdy mi ktoś „z góry” z Brukseli narzuca co mogę mówić, jeść i robić, to się jeżę. Długie lata żyłem w komunizmie i przepraszam, ale to co widzę teraz w UE, to dla mnie trochę to samo. Nie akceptuję tego modelu Unii, który ma być wielkim zwierciadłem Stanów Zjednoczonych, a przecież o to chodzi i nie ma się co oszukiwać. Ja chcę zwyczajnej ludzkiej otwartości – takiej, jak widzę u mnie w okolicach Ostrawy i przyjeżdżając do was – choćby do Chorzowa. Granica jest otwarta, spotkania są serdeczne i nikt niczego nie musi – wybiera to, co akurat mu odpowiada.

Mówi pan to jako człowiek, który przez lata żył po czeskiej stronie miasta podzielonego na pół pomiędzy Polskę i Czechy...?

Rzeczywiście długo mieszkałem w Czeskim Cieszynie i w świadomości wielu ludzi zrosłem się z tym miastem,  tymczasem trzy lata temu wróciłem do miejsca swojego urodzenia – wyremontowałem dom w Ostrawie, żeby być blisko moich rodziców, którzy są już starszymi ludźmi. Ale wszystko ciągle jest „za jedną górą” – wszędzie blisko. Moja Unia Europejska to ten „trójkąt bermudzki” – Czechy, Polska, Słowacja.  

Pana piosenki są rozpoznawalne natychmiast – nie sposób przypisać ich omyłkowo innemu autorowi – i na wskroś czeskie. To specyficzne poczucie humoru to wasza cecha narodowa?

Ha, ha, ha...  Ja bym powiedział lepiej, że to jest taki wyraz autoironii - że my, Czesi mamy jakąś szczególną świadomość tego, jak surowo zbudowany jest świat, jak jest skomplikowany i poważny. I żebyśmy od tej świadomości nie pomarli, musimy czasem zejść z wysokości „dwóch metrów nad ziemią”, gdzie porywa nas śmiertelna powaga. Wtedy, twardo stąpając po ziemi, możemy popatrzeć na siebie i innych z dystansu. Nie można zapominać o tym, że w życiu jest miejsce i na płacz i na śmiech, na rzeczy poważne i żartobliwe. To balansowanie na cienkiej granicy między powagą i śmiechem to chyba w istocie typowa cecha narodowa Czechów. Ale niech pan sam powie, co innego zostaje narodowi który ma 10 milionów obywateli, jest w środku Europy od z górą tysiąca lat - ciągle w tym tyglu, mając z jednej strony Niemców i z drugiej Rosjan, dłużej niż Polacy? Mamy świadomość tego, jak toczyła się historia i taki nasz los, że musimy trzymać równowagę, nieustannie balansując. 

Słyszałem, że gdy pan tworzy, bywa, że po prostu szuka pan myślami gotowych utworów, które „gdzieś tam” od dawna na kogoś czekają... 

To prawda, mam czasami takie uczucie, że piosenka, którą przelewam na papier była już gotowa „od dawna” i czekała – niekoniecznie na mnie, choć to ja ją znalazłem. To są jednak rzadkie chwile. Dotyczą tylko moich najlepszych utworów...

Jednym z pana znaków rozpoznawczych jest heligonka – wyjątkowy, unikatowy instrument...

Moja heligonka jest instrumentem rodzinnym. Około roku 1930 kupił ją w Ostrawie mój dziadek, po nim odziedziczył ojciec. To szczęście, że jestem następnym ogniwem w tym łańcuchu, bo heligonka nadaje moim koncertom wyjątkowy nastrój. Jej wyjątkowe brzmienie idealnie przydaje się do tego balansowania między powagą a ironią. Z jednej strony  romantyczny dźwięk gitary, z drugiej biesiadna heligonka, niby wyjęta wprost z karczmy – to coś, co pomaga mi w piosenkach obracać życie we wszystkie strony...

Rozmawiał: Krzysztof Knas

Jaromir Nohavica. Czeski pieśniarz, kompozytor i poeta (ur. 1953). Najpierw pisał teksty piosenek dla wykonawców muzyki pop, by w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku rozpocząć karierę pieśniarza. Wierny jest swej profesji do dziś; o wielkiej popularności Nohavicy świadczą jego cieszące się dużym powodzeniem koncerty i nakłady kolejnych płyt. 10 listopada br. Jaromir Nohavica po raz pierwszy wystąpił w Chorzowie. Widownia Teatru Rozrywki wypełniona była do ostatniego miejsca. 


biografia
fotografie
v
ideo TV
v
ideo archiwum

artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line
 

zagraniczne
strony internetowe