|
Życie wie lepiej
z Michałem Łanuszką rozmawia Teresa Drozda
Strefa Piosenki
- 25.5.2008
Którą
piosenkę Jaromira Nohavicy lubisz najbardziej?
Moje ulubione piosenki Jaromira Nohavicy zależą od tego,
jaki mam dzień i jaki mam nastrój. "Ještě mi scházíš" -
"Wciąż brak mi ciebie" - jak przetłumaczyła ten tytuł
Renata Putzlacher - to moja ulubiona piosenka Jaromira
na dziś.
Jaką drogą dotarł do ciebie Jaromir Nohavica? Kiedy?
Przez kogo?
O Nohavicy usłyszałem dokładnie wtedy, kiedy się
poznaliśmy. To był przełom października i listopada roku
2002, Festiwal Piostur w Andrychowie. Pierwszy festiwal
na jaki się wybrałem, śpiewając moją flamencową wersję "Tej
ostatniej niedzieli".
Nohavica był gościem na tym festiwalu i śpiewał recital.
Do tej pory nie miałem pojęcia, kto to jest Nohavica. Na
Piosturze brałem udział w konkursie, wieczór był wolny,
więc wybraliśmy się posłuchać. Poszedłem na koncert,
usiadłem na widowni, wyszedł facet: 2 metry wzrostu,
wygląd drwala, wąsy i od pierwszego dźwięku i słowa,
szczęka zaczęła mi opadać coraz niżej, aż opadła na
podłogę i leży tam do dzisiaj.
Nohavica robi wrażenie...
Ogromne. Miałem okazję później być jeszcze na kilku jego
koncertach i to jest fenomen, który nie ma związku z tym,
że to świetny artysta śpiewający pięknie piosenki, bo
takich artystów mamy wielu. Jarek na swoich koncertach
może z ludźmi zrobić to, co tylko mu się podoba i robi
to. To jest niesamowite. Można użyć sloganu, że jego
koncerty są magiczne, ale trzeba być na takim koncercie,
żeby zrozumieć, co to oznacza w przypadku Nohavicy. Na
jego koncertach naprawdę jest magia.
Zgadzam się z tym co mówisz. Zawsze, gdy emituję
nagrania Nohavicy mówię, że to jest tylko część tego, co
dzieje się na koncercie... Ale wróćmy do Ciebie. Szczęka
ci opadła w 2002 roku i na tym przecież mogło się
skończyć... na słuchaniu, oglądaniu, zdobyciu płyt.
Dla mnie to był początek. W Andrychowie po raz pierwszy
pokazałem się na poważnie, publicznie, na scenie.
Przyznano mi wówczas drugą nagrodę i wyróżnienie dla
wybitnego instrumentalisty. Nagrody są przyjemne, ale
fajne jest również to, że czasami wpadają w ręce w
dobrym momencie. Dla mnie to był moment idealny, a
Nohavica stał się moją kolejną inspiracją. Pomyślałem,
że nie słyszałem, aby ktoś w Polsce śpiewał jego
piosenki. Znalazłem stronę z polskimi przekładami jego
tekstów autorstwa Renaty Putzlacher, a pierwsze piosenki
w oryginale ściągnąłem sobie z internetu. Słuchając
Nohavicy na koncercie wydawało mi się, że niemożliwe
jest dobre przetłumaczenie tych tekstów. Jest w nich coś
niezrozumiałego dla nas, Polaków: patrzenie z dystansu
na życie i smutny uśmiech. Polacy mają ten sposób
patrzenia, gdy napiją się wódki, a Czesi mają go po
prostu sami z siebie. A tu na dokładkę mamy Czecha z
rejonu ostrawsko-cieszyńskiego, który mówi po polsku i
jest ukształtowany przez kulturę polską, czeską, śląską,
niemiecką… Cieszyn to kocioł wielonarodowy. A Renata
Putzlacher jest Polką, ale mieszka w Czechach, ma męża
Czecha i w jej przekładach, chociaż stworzone są w
języku polskim, jest coś czeskiego i ulotnego.
Tak to poczułem i to był moment, w którym zacząłem
układać sobie te piosenki w głowie.
Zawsze, gdy zaczynam pracę nad piosenką prowadzi mnie
gitara. Pierwsze dźwięki i inspiracje płyną zawsze z
gitary i dlatego tak kocham ten instrument - towarzyszkę
mego życia.
Gitara jest zdradliwym instrumentem, bo łatwo jest się
nauczyć grać na niej kilka piosenek do ogniska.
Wystarczy 5 akordów, żeby grać Cohena i stwierdzić, że
umie się grać na gitarze. Jeśli się drąży dalej, szuka w
tym instrumencie tajemnic i zagadek, to gitara potrafi
się pięknie odwdzięczyć. Potrzeba tylko do niej wiele
pokory. Tu ślę wielki ukłon w stronę mojego nauczyciela
ze szkoły podstawowej w Krakowie - Pawła Poradzisza,
który był świetnym psychologiem. Uczył mnie grać na
gitarze, ale widział, kiedy miałem w sobie coś takiego:
"a teraz to ja pokażę" i wtedy potrafił pogrozić palcem,
powiedzieć kilka przykrych słów, wywołać we mnie
moralnego kaca. To nie były łatwe chwile, ale jestem
temu człowiekowi bardzo wdzięczny za lekcję pokory,
która potrzebna jest przy graniu na gitarze. W gitarze
jest paleta barw, tęcza kolorów, a żeby to odkryć trzeba
chcieć.
Tak też postępowałem z piosenkami Nohavicy. Zacząłem je
budować od strony muzycznej, od strony gitarowej.
Stwierdziłem, że piosenki Jarka w jego wykonaniu to
kapliczka, którą trzeba zamknąć i nie zastanawiać się
nad nią, nie naśladować. Pozwoliłem by moja gitara
pokazała mi moją drogę do tych pieśni. Coś z tego
faktycznie zaczęło wychodzić, bo przyszedł Studencki
Festiwal Piosenki w 2004 roku, na którym zaśpiewałem "Kometę"
i "Sarajevo" i otrzymałem drugą nagrodę oraz wyróżnienie
dla wybitnego instrumentalisty...
Gitara to jeden z twoich żywiołów, ale są jeszcze
przynajmniej dwa: aktorstwo i radio.
Skończyłem szkołę teatralną, pracuję w radiu. To prawda,
ciągnie mnie w różne strony. Spotykałem na swojej drodze
ludzi, którzy mówili abym się na coś zdecydował. Gdy
zdawałem do szkoły teatralnej to nawet moi rodzice
mówili, że aktor to nie zawód i może powinienem wybrać
normalne studia, po których będę mógł zarabiać pieniądze.
Nauczyciel w szkole muzycznej bał się, że poza
aktorstwem nie będę miał czasu na ćwiczenia na gitarze.
Od lat towarzyszy mi: "Weź się chłopie zdecyduj". A ja
doskonale wiedziałem, że chcę grać na gitarze i chcę być
w szkole teatralnej. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo,
ale też nikt nie mówił, że się nie da. Tych kilka
żywiołów udało się najnormalniej w świecie okiełznać i
połączyć.
A radio? Też zawsze było moją pasją. Pamiętam, że gdy
byłem mały, całymi nocami potrafiłem słuchać radia.
Radio to była dla mnie magiczna dziedzina. Dostałem od
Boga dar głosu, odkryty przez mojego wielkiego mistrza –
Janusza Grzywacza, z którym miałem przyjemność pracować
nad recitalem dyplomowym, i który do pracy w radiu mnie
wyekspediował. Praca w teatrze nigdy mnie nie pociągała.
W szkole teatralnej chciałem, żeby było jak najwięcej
piosenki. Naraziłem się wtedy przyjaciołom z grupy w
szkole. W pierwszym spektaklu dyplomowym, w reżyserii
Jerzego Stuhra "Wieczór trzech króli", grałem postać
błazna i śpiewałem przepiękną piosenkę napisaną przez
Adriana Konarskiego. Z drugiego spektaklu zrezygnowałem
i wywalczyłem sobie solowy recital dyplomowy, nad którym
pracowałem razem z Januszem Grzywaczem. Janusz Grzywacz
to człowiek kruchy i wrażliwy. Wiele się nauczyłem i
jemu zawdzięczam to, gdzie jestem. W historii był już
jeden taki człowiek, nazywał się Sokrates i pozwalał
innym uczyć się od siebie życia. Taki właśnie jest
Janusz Grzywacz, od którego nauczyłem się życia w każdym
aspekcie, bo on pozwala się od siebie uczyć. To jest w
nim fantastyczne i mam u niego dług, którego pewnie
nigdy nie spłacę.
Twój recital dyplomowy "Człowiek z duszą na wynos"
reżyserował Janusz Grzywacz, a występowała w nim wielka
aktorka Anna Polony...
Bo ja mam chyba szczęście w życiu. Na recital złożyły
się piosenki Jaromira Nohavicy w nowych aranżacjach i
teksty Roberta Kasprzyckiego z moją muzyką (kolejny
dowód na to, że mam szczęście w życiu, że Robert
bezinteresownie dał mi swoje teksty). Myśleliśmy z
profesorem Grzywaczem jak to połączyć, czym spiąć.
Profesor Grzywacz pisał kiedyś muzykę do "Bajek z
królestwa Lailonii" Leszka Kołakowskiego i zaproponował
luźno, żeby użyć tych tekstów. W tym samym czasie, nie
wiedząc o naszych rozważaniach, moja teściowa dała mi w
prezencie książkę z "Bajkami z królestwa Lailonii". Dla
mnie to był znak, że właśnie te bajki trzeba wykorzystać.
Profesor Grzywacz do ich interpretacji wymyślił Annę
Polony. Z tremą zadzwoniłem, zapytałem. Pamiętam, że
kupiłem jej bukiet konwalii, nazywając je po staropolsku
łanuszkami. Pani Anna bardzo się wtedy uśmiała z tych
łanuszków i zgodziła na udział w recitalu. Kto by
pomyślał, że to takie proste... ja mam po prostu
szczęście w życiu.
Czasami po to, co wydaje się nieosiągalne, wystarczy
wyciągnąć rękę...
Trochę tak jest, że trzeba chcieć wziąć od życia to, co
akurat ma do zaoferowania, bo życie jest mądrzejsze od
nas.
Kiedy pojawi się Twoja debiutancka płyta?
- Plany są, ale problem w przypadku nagrania płyty jest
zawsze ten sam: brak środków. Materiał jest gotowy w
100%. Chciałbym zarejestrować swój recital w
parateatralnej formie. Marzy mi się w ogóle DVD z Anną
Polony, ale rejestracja audio byłaby również świetną
sprawą. Jesteśmy gotowi do wejścia do studia i do
nagrania. Problemem są tylko pieniądze. Muzycy, którzy
wzięli udział w tym projekcie są zawodowcami: na
perkusji zgodził się zagrać wykładowca Krakowskiej
Akademii Muzycznej – Jan Pilch, na instrumentach
perkusyjnych - Gertruda Szymańska, na kontrabasie –
Michał Braszak. Są to uznani muzycy, do których nie
miałbym sumienia iść i powiedzieć, że nie mamy pieniędzy
na nagranie. Trzeba szanować zaangażowanie, wysiłek i
pracę innych. Dla mnie jest ważne, żeby ten materiał
nagrać, ale ludziom, którzy poświęcają mi swój czas i
dają serce nie mogę nie zapłacić.
Z drugiej strony - nie mam w sobie niecierpliwości, że
płyta musi być nagrana już.
Życie wie lepiej i nie chcę się z nim siłować za wszelką
cenę.
Rozmawiała: Teresa Drozda
Spisała: Barbara Radziszewska
Od redakcji: Tekst powstał na bazie wywiadu
przeprowadzonego 25 maja 2008r. w audycji "Strefa
Piosenki" w "Radiu dla Ciebie". |