|
Mniej
więcej nazywam - mówi Michał Rogacki
Rozmawiała: Teresa Drozda
Strefa Piosenki
- 12.8.2008
Pierwszy raz spotkaliśmy się przy okazji OPPA w 2005
roku, na którym przyznano Ci nagrodę im. Jonasza Kofty.
Co się działo z Tobą, Twoim pisaniem i śpiewaniem przez
ten czas, bo OPPA tę drogę zapoczątkowała...
Wcześniej
był jeszcze Festiwal Przybycie Bardów. W 2005 roku
zostałem jego laureatem i zdobyłem trzecią nagrodę.
Natomiast OPPA to był pierwszy duży konkurs, na którym
zdobyłem nagrodę. To był prawdziwy zastrzyk "wiary w
siebie", upewnienia się, że warto coś pisać i coś
śpiewać. Drugim mocnym uderzeniem był Studencki Festiwal
Piosenki w Krakowie w 2006 roku, gdzie udało mi się
zdobyć jedną z czterech głównych nagród.
W 2006
roku na Studenckim Festiwalu Piosenki nie przyznano
miejsc "numerowanych", ale cztery równorzędne nagrody...
niezły orzech do zgryzienia musieli mieć jurorzy. Jesteś
więc laureatem Studenckiego Festiwalu Piosenki, co
świadczy o tym, że masz coś do powiedzenia. Jednakowoż –
jesteś już dojrzałym facetem, odpowiedzialnym mężem i
ojcem, który na co dzień zajmuje się czymś zupełnie
innym niż śpiewanie i dopiero po "wieku licealno-młodzieżowo-studenckim"
sięgnąłeś po gitarę i zacząłeś pisać.
To prawda,
że moje pisanie piosenek przyszło bardzo późno. Ale "ogniskowe"
śpiewanie, które trwa do dzisiaj, zaczęło się jak należy
- w liceum. Natomiast potrzeba pisania własnych piosenek
to kwestia ostatnich trzech lat. Zacząłem rok przed
wspomnianą OPPĄ, czyli w roku 2004.
Kto lub
co zainspirowało Cię do tego abyś zaczął pisać?
Trudno
powiedzieć. Impulsy były zewsząd. Można je określić
mianem "ogólnej sytuacji życiowej". Byłem w pewnym wieku,
pracowałem, założyłem rodzinę, ale brakowało mi czegoś,
co wprowadziłoby trochę koloru w to codzienne życie.
Zacząłem pisać piosenki dla znajomych i dla nich je
śpiewałem. OPPA zmotywowała mnie do pierwszych wykonać
publicznych i nagle znaleźli się ludzie, którym się to
podoba... nie straszne tłumy, ale jest parę osób, które
lubią moje śpiewanie.
Wiem
też, że wpływ na Twoje śpiewanie miała fascynacja
twórczością Jaromira Nohavicy. Liczyłam, że o tym
wspomnisz...
Z Nohavicą
było tak, że zacząłem go słuchać 3-4 lata temu, więc w
sumie możemy uznać, że tym bezpośrednim impulsem był
właśnie on. Jaromir Nohavica to człowiek, który wychodzi
na scenę z gitarą, śpiewa piosenki o życiu i ludzie go
słuchają, chcą z nim śpiewać i chcą się przy tym bawić.
Pierwszą piosenką, którą usłyszałem w jego wykonaniu,
była "Zatímco se koupeš". Tam są w refrenie takie frazy:
cigareta hasne
káva stydne
krev se pění
hmm hmm
bylo by to krásné
kdyby srdce bylo klidné
ale ono není
Ta
piosenka opowiada o mężczyźnie, który słyszy jak kobieta
się kąpie i czeka aż wreszcie wyjdzie spod prysznica. Z
jednej strony spokój tej sytuacji, a z drugiej – ogromne
napięcie, które pod tym drzemie. Uderzyło mnie to.
Siłą Nohavicy jest, że tego lirycznego nastroju nie były
w stanie zburzyć nawet pierwsze wersy "zatímco se
koupeš/umýváš si záda" - po polsku brzmi to mało
lirycznie. Nawet ta "dosadność" nie burzy nastroju.
Cały przekaz zawarty w pieśni, ładunek emocjonalny, głos,
gitara i tekst spowodowały, że zacząłem się w tej
twórczości "zanurzać". I "nurzam" się w niej nieustannie.
Ze znajomymi często śpiewamy sobie tę "pierwszą"
piosenkę przy gitarze. Oprócz tego próbuję czasami sam
tłumaczyć teksty Nohavicy na własny użytek, a niektóre
zdarza mi się włączać do recitalu. Korzystam też z
dostępnych tłumaczeń w opracowaniu Renaty Putzlacher i
Tolka Murackiego. Nie wszystko zostało jeszcze
przetłumaczone, bo tych piosenek są setki, jest też
coraz więcej ludzi próbujących zmierzyć się z tą
twórczością.
Rozumiem jednak, że Twoje recitale nie są zdominowane
przez piosenki Nohavicy, że przywołując je, niejako
kłaniasz się swojemu Mistrzowi, ale własnym językiem
opowiadasz o świecie. Jak wygląda dziś Twój repertuar?
Od 2005
roku powstało wiele nowych piosenek. Na OPPĘ trzeba było
przygotować pięć piosenek i wtedy więcej nie miałem.
Teraz jest ich tyle, że można uzbierać recital, który
trwa godzinę i 10 minut. Nie wstydzę się tych piosenek,
chociaż zawsze jest trochę wstyd zagrać to, co się
samemu napisało. Wydaje mi się, że to nie jest zajęcie
dla dorosłego faceta.
A nie
chciałbyś zrezygnować z pracy i żyć tylko z grania?
Chciałbym,
ale nie jest to sprawa, którą stawiam na pierwszym
miejscu. Nie mam ambicji, żeby za 2 lata zagrać w Opolu,
a za 3 lata w Sopocie. Chociaż to jest broń obosieczna –
bo może gdybym miał ambicję, aby utrzymywać się z grania,
może szybciej, wyraźniej potoczyłoby się to w stronę
grania koncertów, nagrywania płyt. Ale naprawdę nie
narzekam. Teraz też jest dobrze.
Masz w
repertuarze co najmniej dwie bardzo autoironiczne
piosenki: "Gram to, co gram" i "Żeby nie zostać artystą".
Obie pamiętam z 2005 roku. Z mojego punktu widzenia taka
autoironia dobrze wróży Twoim kolejnym piosenkom, a to
dlatego, że od razu, na starcie, ustawiłeś się w
stosunku do siebie – jako autora i wykonawcy – w pewnej
kontrze, z dystansem. Ale mam nadzieję, że nie jesteś
dla siebie tematem wiodącym...
Można
pisać ironiczne piosenki nie tylko na swój temat. Wydaje
mi się, że ścieżką dotarcia do szerszego kręgu odbiorców
jest pisanie tak, żeby mogli się utożsamiać z piosenkami,
żeby słuchali o czymś, co sami przeżyli. Gdy autor pisze
intensywnie tylko o sobie - to fajnie, bo poznaje się
człowieka, który śpiewa, ale z jakiej racji potem tego
wiele razy wracać?
Z
drugiej strony w zasadzie wszyscy przeżywamy to samo.
Jedni umieją to nazwać, napisać, zaśpiewać, a inni nie i
dlatego szukają tego w książkach, w piosenkach, w
wierszach, w sztuce. Nie możesz sobie założyć, że
właśnie teraz napiszesz "uniwersalną piosenkę". To musi
działać inaczej.
Oczywiście,
że tak. Niczego nie zakładam a priori. Zawsze jest to
przepuszczenie przez siebie pewnych przeżyć, ale z kolei,
rzadko jest to autobiograficzne, a właściwie prawie
nigdy. Autor jest tym, który mniej więcej potrafi nazwać
to, co czuje. Natomiast niekoniecznie pisze o sobie.
A
tematy, które poruszasz... czy piszesz piosenki liryczne
i o miłości? Czy są one, jak np. niektóre piosenki
Nohavicy, jakoś zaangażowane społecznie?
Moje
piosenki chyba nie są zaangażowane. W większości
koncentrują się wokół dwóch biegunów: albo lirycznie o
miłości, albo ironiczne (choć ironicznie o miłości też
można pisać). Nie piszę piosenek społecznie
zaangażowanych, ale zdarza mi się napisać o
doświadczeniach wspólnych jakiejś grupie Polaków. Dla
przykładu mam taką piosenkę, która nazywa się "O'Connell
Street". Opowiadam w niej o tym, jak ktoś wyjeżdża do
Irlandii. Mój przyjaciel wyjechał do Irlandii, więc w
pewnym sensie jest to o mnie i o nim, ale doświadczenie
jest dziś na tyle uniwersalne, że może jeszcze o kimś…
Nagrodą
na OPPIE jest dofinansowanie nagrania płyty i pomoc w
jej wydaniu i dystrybucji. Muszę więc zapytać... kiedy
możemy się spodziewać Twojej płyty?
Sytuacja
przedstawia się następująco... spotkałem się w Radiu
Merkury z ludźmi, którzy udostępnili mi studio na parę
dni, wszedłem do tego studia i nagrałem większość
materiału na płytę. Wymaga on jeszcze zgrania, więc
czekam na termin w którym studio będzie wolne, żeby
umówić się z realizatorem i dokończyć pracę.
Obiecuję sobie, że już nie będę niczego dogrywał, ale
nie mam co do tego pewności. Zatem - większość materiału
na płytę już istnieje i szanse na to, że płyta się ukaże,
są dość spore.
W sumie to będzie surowy, czysty materiał, więc jeżeli
ktoś słyszał mnie na koncercie lub festiwalu, usłyszy to
samo, tyle, że troszkę lepiej, równiej, wyraźniej... Mam
też koncepcję żeby chociaż jeden utwór zrobić w inny
sposób - może bardziej energicznie, może z zaproszonymi
muzykami, ale jeszcze nie wiem czy to się uda i czy
będzie to potrzebne.
Jak
jest z koncertami, próbujesz gdzieś grać?
Gram
niewiele. Naprawdę fajny recital zagrałem w Poznaniu w
Klubie "Pod Pretekstem", czyli u siebie w "domu", bo
Poznań jest miastem, w którym mieszkam. Na OPPIE
zagrałem recital jako jej laureat i jako laureat
Studenckiego Festiwalu Piosenki, byłem zaproszony na
festiwale do Rybnika i Elbląga.
Nie zabiegam o koncerty, ale jeżeli ktoś chce abym
zagrał to nie odmawiam. Póki co, czekam, być może
niepotrzebnie, na moment, w którym stwierdzę, że mam już
materiał na 1,5 godziny dobrego koncertu. Na razie
dobrze się czuję z godziną – chyba nie zanudzam i jestem
całkowicie pewien piosenek, które śpiewam – pewien w
sensie ich "jakości".
A
festiwale? Będziesz próbował jeszcze "startować"?
Myślałem,
że już nie i takie miałem postanowienie. Ale nie do
końca jestem przekonany do zupełnej rezygnacji, bo
jednak fajnie jest gdzieś pojechać, spotkać nowych ludzi,
porozmawiać o tym co oni grają, o tym co ja gram i jak
oni widzą moje granie, posłuchać. To jest miłe, a tylko
festiwale dają taką okazję, więc może jeszcze gdzieś się
wybiorę.
Rozmawiała: Teresa Drozda
Rozmowa jest zapisem wywiadu, który został
przeprowadzony 12 sierpnia 2007 roku w audycji "Strefa
nie tylko Piosenki" w "Radiu dla Ciebie". |