JAROMÍR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt

BIBLIOTEKARZ (1981)


     Praca bibliotekarza to nie tylko wypożyczanie kryminałów i romansów spod lady, wyszukiwanie nieistniejących artykułów w gazetach, organizowanie czytelniczych pogadanek na temat "Babuni" Boženy Němcovéj dla znudzonych piątoklasistów, wkładanie za okładki (jeszcze za dawnych czasów) papierowych kart bibliotecznych i nie przepadanie za koniecznością przenoszenia zbiorów podczas malowania czytelni. To nie tylko ślęczenie z ołówkiem w ręce nad rewizją funduszy bibliotecznych, nie tylko znajomość fabuły „Egipcjanina Sinuhe”, „Cytadeli” Exupery’ego czy też „Krzyża przy potoku” Karoliny Světlej. Bycie bibliotekarzem to przede wszystkim spotkanie z drugim człowiekiem z książką w ręce.

     Uff. Mam już za sobą wprowadzenie, które jest zawsze najtrudniejsze. Ale natychmiast przychodzi mi na myśl, że mój wstępny akapit możnaby ocenić w dwojaki sposób. Można go jeszcze zmodyfikować - albo raczej - zakwalifikować do dwóch grup: "to jest głupie" i "to się będzie podobać", jak mawiał pan Werich . Wybierzcie sobie co wolicie, a ja powrócę do wspomnień z mojej bibliotekarskiej praktyki. No to teraz wracamy na ziemię.

     W bibliotekach pracowałem ogółem 9 lat. Nie dajcie się zmylić tekstowi mojej dzisiejszej pieśni. Napisałem ją dla koleżanek bibliotekarek jeszcze jako ich kolega w roku 1981. Ale moja przygoda z bibliotekarstwem zaczęła się jednak już w roku 1974. Po przerwaniu studiów w wyższej szkole górniczej i rocznej pracy tymczasowej w Witkowicach zacząłem pracować w ostrawskiej wypożyczalni. Mieściła się w centrum, naprzeciwko kawiarni Elektra, w tym rogu, gdzie dzisiaj znajduje się firma ubezpieczeniowa. Od zawsze uwielbiałem książki, a z moją artystyczną naturą, pracując na przykład na poczcie, mógłbym prawdopodobnie spowodować manko. Bardzo miło wspominam wszystkich moich kolegów i koleżanki. Niejaka Alenka Hrazdilova do dzisiaj jest moją dobrą duszą i przedłużoną ręką, sięgającą na półki czeskich bibliotek. Wiele cennych dokumentów i artykułów, które się pojawiają w niniejszym Archiwum pod lupą znalazły się tutaj dzięki jej znajomości bibliotekarskiej topografii. Albo pan Biňovec... Ilekroć słyszę pieśń Marii Rottrovej "Czas motyli", mój pierwszy tekst, który ukazał się na jej płycie, myślę o tym człowieku, autentycznym dysydencie, który przesiadywał na górze w czytelni ostrawskiej biblioteki. Jako początkujący poeta zwróciłem się do niego z prośbą, aby mi pomógł wymyślić tytuł do tego właśnie utworu. I on go wymyślił. Również później, kiedy ten tekst został ostrożnie pochwalony przez Jana Rejžka w czasopiśmie Gramorevui (a jest to jedna z dwóch krótkich, recenzenckich wzmianek o moich pieśniach, które Honza popełnił przez te 25 lat), ta pochlebna opinia dotyczyła również udziału pana Biňovca. Mam nadzieję, moje pozostałe koleżanki i koledzy, że wybaczycie mi, że was wszystkich nie będę wymieniać z nazwiska. Nie wystarczyłoby mi na to strony.

     W ostrawskiej bibliotece po raz pierwszy uświadomiłem sobie także głębię mojej czytelniczej niewydolności, kiedy w swojej naiwności już od pierwszych dni pracy odkładałem dla siebie na półkę zwrócone książki, które mnie tak zainteresowały, że nie mogłem się doczekać, kiedy je przeczytam. Wieczorem, po całym dniu pracy gromadziło się ich tam od pięciu do dziesięciu egzemplarzy, kolejnego dnia przybywało tyle samo, na trzeci dzień również. Zrozumiałem, że nie wystarczy nam w życiu czasu, żeby przeczytać to wszystko, co powinniśmy i chcielibyśmy.

     Po dwuletniej przerwie na służbę wojskową (w czasie której między innymi byłem również bibliotekarzem), dalej pracowałem w bibliotece, tym razem w Czeskim Cieszynie, dokąd się przeprowadziliśmy i gdzie kupiliśmy po pięciu latach wynajmowania mieszkanie spółdzielcze. Tam już zostałem awansowany i poza wypożyczaniem książek przez lata służyłem ludziom w czytelni jako bibliograficzno-informacyjny serwis. Tak się złożyło, że moje miejsce pracy znajdowało się akurat w tym samym budynku, który był również siedzibą cieszyńskiego teatru (stąd pochodzi moja wczesna, pochodząca właśnie z czasów bibliotekarskich pieśń "Na bruku za teatrem") Krótko rzecz ujmując można powiedzieć, że byłem czymś w rodzaju wyszukiwarki www.google. com. Przychodzili do mnie głównie studenci, którzy musieli napisać referat czy też przygotować się do egzaminu, a ja im pomagałem znaleźć odpowiednią literaturę, artykuły prasowe, materiały zarchiwizowane w ČTK oraz hasła w słownikach. Ta praca to była fajna przygoda. Dobrze uporządkowany katalog i prawidłowo dobrane hasło były podstawą sukcesu. Miło wspominam w tym kontekście pewną starszą panią, która mnie kiedyś zaskoczyła prośbą o ustalenie, kiedy przypadała Wielkanoc w roku 1944.

     Ta konkretna data była jej potrzebna w celu udokumentowania jej wojennej działalności w jakimś podaniu i dlatego (również z powodów prestiżowych) chciałem ją koniecznie usatysfakcjonować. Wreszcie - po bezskutecznych poszukiwaniach w książkach i starych gazetach, bezowocnych telefonach do paru czynnych antykwariatów z pytaniem, czy nie mają przypadkiem jakichś starych kalendarzy z 1944 roku, przydały mi się ostatecznie moje nieukończone studia matematyczne. Poczułem się szczęśliwie oświecony po lekturze encyklopedii Jana Otto, o której sądziłem, że można w niej znaleźć wszystko. I tak właśnie było. Odkryłem w niej wzór matematyczny do obliczenia daty tej Wielkanocy. Tak skomplikowany, że tylko duchowni mogli coś takiego wymyślić. Pół dnia zajęły mi poszukiwania, a drugie pół dnia obliczenia. Ta pani wepchnęła mi potem uradowana do kieszeni dwadzieścia koron, za które można wtedy było kupić dwie paczki papierosów Sparta, ale i bez tego byłem bardzo zadowolony. Taki już los bibliotekarza: czego nie uda mu się znaleźć w książkach, musi wymyślić sam. Na szczęście ja w tym przypadku nie musiałem.

     Dopiero po latach uświadomiłem sobie, jak wielkie miałem szczęście, że mogłem długie lata spędzić w dwujęzycznej bibliotece w Czeskim Cieszynie, gdzie regały z polską literaturą i polskimi czasopismami w sposób naturalny sąsiadowały z czeskimi. Tam się nauczyłem języka polskiego. Sam od siebie, jak mawia Szwejk. I tam stałem się miłośnikiem polskiej kultury.

     Jeśli chodzi o piosenkę pt."Bibliotekarz", napisałem ją jako parafrazę słynnej wersji "Tu te laisses aller" Charles'a Aznavour'a, którą świetnie przetłumaczyła na czeski Jiřina Fikejzová. Tekst zaczynał się od słów: "Wyglądasz naprawdę komicznie i mam z tobą żyć już na zawsze." (Dla jasności: to była partia kobiety. Mężczyzna jej potem odpowiadał w tym samym stylu.) Z samą autorką czeskiego tekstu, którą uważam za jedną z najlepszych z całej plejady tekściarzy muzyki popularnej, wiąże się miła historyjka z czasów, kiedy jako początkujący autor tekstów zgłosiłem się do Stowarzyszenia Ochrony Praw Autorskich. Minęło już dobrych 30 lat odkąd pani Jiřina jako członkini komisji rekrutacyjnej zastanawiała się nad jednym z zaprezentowanych przeze mnie tekstów. Konkretnie chodziło o BECZKOWÓZ (KROPÍCÍ vůz). Pytała się, czy aby nie przesadzam z tym staraniem, żeby nie być Ostrawiakiem z krótkim dziobem i czy nie mam zbyt dużych skłonności do przeciągania samogłosek tam, gdzie nie należy. Czy nie wystarczyłoby po prostu napisać wg zasad ortografii BECZKOWÓZ (KROPICÍ vůz) z krótkim "i"? Zachowując przytomność umysłu wyjaśniłem jej różnicę między beczkowozem z krótkim "i", a beczkowozem z długim "i", która polega na tym, że pierwszy jest terminem technicznym, a drugi stanowi określenie wozu, z którego właśnie leje się woda. Pani Jiřina się uśmiechnęła, przyjęli mnie, ale chyba jej nie przekonałem. Prażanin Ostrawiakowi nie uwierzy. Tak samo jak syty głodnemu.

     Ale powróćmy do piosenki. Kiedy przeglądam jej tekst uświadamiam sobie, że mógłbym dzisiaj w pięknym stylu, na sam koniec dołączyć tytułem wyjaśnienia kilka bibliograficzno-informacyjnych przypisów. Oto one:

     T9 - kategoria wynagrodzenia w czasach komunizmu

     Fenix - bajkowy ptak, który powstaje z popiołu

     Fen - niebajkowa suszarka do włosów

      MDT - w skrócie Uniwersalna Klasyfikacja Dziesiętna (Mezinárodní desetinné
      třídění)- desperacka próba przejrzystego uporządkowania książek według ich
      zawartości.

      Korn (Jiří) - wciąż popularny kolega piosenkarz, któremu w 1976 roku zaoferowałem
      moją pieśń "Dziewczyna z wielkimi oczami", która jednak kompletnie nie pasowała
      do jego repertuaru

      Artemis - pięknia bogini z łukiem i strzałami

      BIS - wspomniany już bibliograficznie - serwis informacyjny.

    
    
I pamiętajcie, żeby zwracać książki w terminie. Inni czytelnicy również niecierpliwie czekają na te wasze "Miodożery" i inne książkowe hity spod lady.
 


Bibliotekarz - 1974 r.
© Jaromír Nohavica
   

Průvodní slovo k písni Knihovník
nedatováno, 80. léta  1:58 min, mp3 - 0,92 MB

Knihovník
nedatováno, 80. léta  2:45 min, mp3 - 1,29 MB
 


 

Vypadám vážně srandovně
pět let už dělám v knihovně
a je to vážně velký šok
řadit furt stejný katalog
vědět že za pět deset let
dostanu třídu T9
a vůbec nic se nezmění
ani ty knížky k půjčení

Už jsem si zvyk
už jsem si zvyk
jsem knihovník
jsem knihovník

Ve studovně a čítárně
jak v poloprázdné kavárně
jsem číšník bez peněženky
nabízím cizí myšlenky
studentky jsou neodbytné
nedají žádné spropitné
mávají na mě culíky
mé čárky do statistiky

Už jsem si zvyk
už jsem si zvyk
jsem knihovník
jsem knihovník

A lidé tak jak přichází
mívají různé dotazy
kdo je to ten a kým byl ten
co je to fénix a co fén
ve slovnících od A do Z
seřazený mám tenhle svět
zde máte papír račte psát
mí malí polykači dat

Už jsem si zvyk
už jsem si zvyk
jsem knihovník
jsem knihovník

Unavený a ospalý
jak se tak toulám regály
zpaměti znám už MDT
dobrý den co si přejete
ona chce něco o lásce
má fotku Korna v průkazce
je krásná jako Artemis
a já jsem v koncích se svým BIS

Už jsem si zvyk
už jsem si zvyk
jsem knihovník
jsem knihovník

Vypadám vážně srandovně
pět let jsem dělal v knihovně
a celých dlouhých pět let
marně jsem hledal odpověď
a pátral po kartotékách
ta čtenářka už nečeká
venku se s jiným objímá
a mě ten problém zajímá

Jak velí zvyk
jak velí zvyk
jsem přece správný knihovník



Wyglądam naprawdę śmiesznie.
Pięć lat już pracuję w bibliotece
i jest to dla mnie wielki szok,
że porządkuję wciąż ten sam katalog.
Wiem, że za pięć, dziesięć lat
będę mieć wypłatę z kategorii T9
i w ogóle nic się nie zmieni,
nawet te książki do wypożyczenia.

Już się przyzwyczaiłem.
Jestem bibliotekarzem.

W pracowni i w czytelni
jak w na pół wypełnionej kawiarni
jestem kelnerem bez portfela
i serwuję cudze przemyślenia.
Studentki są natrętne,
nie dają żadnych napiwków,
machają do mnie kucykami,
są moimi statystycznymi punktami.

Już się przyzwyczaiłem.
Jestem bibliotekarzem.

A przychodzący ludzie
zadają różne pytania:
Kto to jest? A ten kim był?
Co to jest feniks, a co to suszarka?
W słownikach od A do Z
mam ułożony cały świat.
Tu macie papier, proszę pisać,
moi mali połykacze dat.

Już się przyzwyczaiłem.
Jestem bibliotekarzem.

Zmęczony i senny
wędrując między regałami
znam już na pamięć MDT.
Dzień dobry! Czego pani sobie życzy?
Ona chce się czegoś dowiedzieć o miłości,
trzyma w portfelu zdjęcie Korna,
jest piękna jak Artemida,
a ja się trzymam mojego BIS.

Już się przyzwyczaiłem.
Jestem bibliotekarzem.

Wyglądam naprawdę śmiesznie.
Pięć lat pracowałem w bibliotece
i całych długich pięć lat
na próżno szukałem odpowiedzi,
przeszukując kartoteki.
Ta czytelniczka już nie czeka,
wyszła i przytula się do kogoś innego,
a mnie ten problem wciąż nurtuje.

Siła przyzwyczajenia.
Jestem przecież świetnym bibliotekarzem.
 


piosenkowy blog

archiwum pod lupa

teksty własne-CZ

tłumaczenia tekstów

polskie

angielskie

niemieckie

włoskie

wegierskie