JAROMÍR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt

NA BRUKU ZA TEATREM (1981)


     Za plecami regały pełne mądrych książek, na stole kawa ziarnista i wykaz dokumentów Czeskiej Agencji Prasowej, przede mną studenci cieszyńskich szkół, którzy przygotowywali referaty i przychodzili do mnie po radę i materiały, najbardziej zwięzłe i treściwe jak tylko się da, żeby nie musieli zbyt dużo pisać – tak wyglądało moje codzienne, bibliotekarskie życie w archiwum i czytelni Biblioteki Miejskiej w Czeskim Cieszynie na początku lat 80-tych. A za oknami po prawej stronie znajdował się dziedziniec cieszyńskiego teatru, mieszczącego się w tym samym budynku, który został zbudowany w latach 60-tych w ramach socjalistycznej polityki kulturalnej. Do teatru nie chodziłem zbyt często. Jedynym przedstawieniem, które mnie w tamtych latach naprawdę zachwyciło był polski musical „Malowane na szkle”, który wspaniale odgrywano na polskiej scenie. Adaptował ją muzycznie mój teść Vaclav, tak że miałem okazję przyglądać się temu przedsięwzięciu z bardzo bliska i muszę przyznać, że byłem pod wielkim wrażeniem. Dzisiaj, po latach, mam na końcu języka znane, morawskie powiedzenie: „grali jak o duszę”. To chyba mówi samo za siebie.

     W 1981 roku cieszyńscy artyści przygotowywali się do wystawienia komedii „Lišák Pomet albo Dundo Maroje” i jej reżyser Postler zwrócił się do mnie i Vaclava, żebyśmy napisali do niej piosenki. Mówię o tym dlatego, że to przedstawienie, dzięki któremu po raz pierwszy miałem okazję spotkać się z Vládą Čechem, wówczas początkującym aktorem, a dzisiaj drugim z głównych bohaterów, występujących w moim kuplecie pt. „Milionerzy”, było oprócz sukcesu piosenki „Kochanie, pachniesz deszczem” jednym z zasadniczych powodów, dla których we wrześniu 1982 r. zrezygnowałem z pracy na etacie i zacząłem zarabiać na życie jako tekściarz, a potem także jako pieśniarz. Reżyser Postler zaoferował mi w tej sztuce małą rólkę wędrownego muzykanta, a ja pełen nadziei, że wyżywią mnie deski teatru, które oznaczają cały świat porzuciłem uporządkowane bibliotekarskie regały i rzuciłem się we wzburzone wody show-business’u i komedianctwa. Tych 160 koron, które dostawało się za przedstawienie mogłoby nawet stanowić niezły początek, gdybyśmy grali 10 razy w ciągu miesiąca. Ale mimo wszystko „Dundo Maroje” dał mi niezłego kopa. Musiałem wtedy na scenie symulować spanie i budzenie się, ale mi to nie za bardzo wychodziło i wstydziłem się, że mi tak źle idzie. Mimo to doświadczenie, które wtedy zdobyłem przydało mi się po ponad 15 latach u Zelenki w „Roku Diabła”, kiedy ubrany w szlafrok, na długim korytarzu, musiałem znowu symulować chód Jacka Nicholsona z „Lotu nad kukułczym gniazdem”.

     Też nie za bardzo sobie z tym radziłem, ale wstydziłem się już znacznie mniej.
Pomimo to nie udało mi się zostać aktorem w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie mam do tego smykałki, talentu, lekkości, odwagi, tej charakterystycznej iskry w oku. Chociaż pani reżyser Němcová twierdzi co innego. Ja jestem aktorem tylko ciałem. A poza tym wydaje mi się, że się przed aktorstwem podświadomie bronię. To, że występuję na scenie ostatecznie przecież nic wielkiego nie znaczy. Nie mam kostiumu, odpowiadam tylko sam za siebie, podpieram się gitarą albo heligonką oraz własnymi pieśniami. Sam piszę dla siebie scenariusz, który potem mogę na bieżąco zmieniać. Sam opuszczam kurtynę. Gawędzę sobie z ludźmi, jakbyśmy siedzieli razem przy kawie. Aktor musi umieć stłumić własne ja, żeby móc przeistoczyć się w inną postać. A ja tylko pragnę czytać moje wiersze. A żeby łatwiej wnikały do duszy, ubarwiam je melodiami. Tak jak się 200 gramów wódki zagryza boczkiem.

     Na szczęście teatr potrzebuje pieśni. A ja jestem wtedy do pełnej dyspozycji, do pełnego wykorzystania.

     Wszystko zaczęło się już w szkole średniej, kiedy napisałem muzykę do rymowanej baśni mojego taty i wspólnie z przyjaciółmi (ja ponownie w roli trubadura) przedstawiliśmy ją na bożonarodzeniowym wieczorku dla dzieci profesorów. Potem były inne piosenki i mała rola we wspomnianej już sztuce „Dundo Maroje”, pieśni do przedstawienia „Żyj i nie zapomnij”, następnie przekład upiornej opery Marschnera pt. „Wampir”, cieszyńska inscenizacja sztuki Jana Drdy „Igraszki z diabłem” z moimi melodiami skomponowanymi do tekstów Renaty Putzlacher, w dalszej kolejności teksty pisane do muzyki Urbanka do przedstawienia „Romeo i Julia” (jeśli lodowisko uznamy za scenę to czemu nie?) , przekład sztuki „Malowane na szkle” dla Tomáša Topfera i jego prywatnego, praskiego teatru Fidlovačka, tramwajowa rewia „Cieszyńskie niebo”, „Cosi fan tutte” Da Pontego i „Don Giovanni” do muzyki Mozarta. A dzisiaj leży przede mną na stole „Wesele Figara”. Jest wiosna 2008 roku i mam już gotowych pierwsze 12 taktów „Dziesięć, piętnaście, dwadzieścia, trzydzieści/raczej dam więcej niż miałbym dać mniej”. W marcu przyszłego roku w Morawsko-Śląskim Teatrze Narodowym kurtyna dla „Figara” ma się unieść po raz pierwszy.

     Kiedy na początku lat 80-tych spoglądając na dziedziniec cieszyńskiego teatru wymyśliłem wers „nie ma tu kurtyny ani publiczności” nie przeszło mi nawet przez myśl, że tak często w moim przyszłym życiu będę się spotykać zarówno z kurtyną, jak i publicznością.

 


Odpowiedź pani reżyser Jitki Němcovéj

Archiwum pod lupą.
Wpis pt. „Na dziedzińcu teatru”


Ja, reżyserka Jitka Němcová upieram się przy swoim zdaniu. Nohavica jest aktorem i to bardzo dobrym. Nie ma racji, kiedy pisze, że odpowiada sam za siebie, że nie ma kostiumu, że sam podnosi kurtynę, a z ludźmi rozmawia jak przy kawie. Nohavica i jego koncerty to są stylizowane przedstawienia, w czasie których ściśle się trzyma wzorów Arystotelesa. Jego narracja i prowadzenie koncertu mają swój początek, środek i koniec. Na kształ całości składa się więc pewien rodzaj publicznego odsłonięcia się, konflikty, kryzysy, a niekiedy nawet katastrofy, ale także wyciszenie oraz pewien rodzaj oczyszczenia, swoiste katharsis. Wszystko to sprawia, że kiedy wracamy ze spotkania z nim do domu jesteśmy bardzo poruszeni.
Wyimaginowana kurtyna wędruje w górę najczęściej o wpół do ósmej wieczór. Sala, teatr i scena pogrążają się w mroku, tak samo jak ciemniejące niebo na zewnątrz. Na scenie zapalają się światła i wychodzi aktor Nohavica.
Oczywiście w kostiumie, bo nawet gdyby był nagi, to też byłby pewien rodzaj kostiumu. Jest na scenie.
Jego inscenizacja ma swój dokładnie określony porządek, którego część stanowi mówienie do publiczności. Tak że nie jest to żadna rozmowa przy kawie. Bez względu na to, czy mówi, czy też śpiewa, zawsze prowadzi swojego bohatera poprzez radość i cierpienie, czy też cierpienie i radość aż do wyznań człowieka, który nie jest w swych uczuciach osamotniony i wielu z nas może się z nim utożsamiać. I dlatego właśnie, chcąc nie chcąc, prezentuje pewien rodzaj przedstawienia. Każda piosenka to inna postać, inna rola: uczestnik teleturnieju „Milionerzy”, nieszczęśliwy podstarzały mężczyzna, który pisze list do pana prezydenta, górnik, ojciec, kochanek, żołnierz, poeta, morderca i kryminalista. Tak wiele jest tych granych przez niego postaci…
Nohavica nigdy nie chodzi pomiędzy widzami. On wie, że nie jest dobrze, kiedy sceniczny świat miesza się ze światem publiczności i nie mam tu na myśli prawdopodobieństwa, że mógłby zostać poszarpany przez fanki.
On sam, jako jedyny aktor zdaje sobie sprawę, że gdyby podszedł bliżej, cały czar mógłby prysnąć. Nohavica na scenie to nowa artystyczna rzeczywistość. Duchowo potrafi przeistoczyć się w inne postacie, co jest kwintesencją aktorstwa. Dlatego twierdzę, że Nohavica jest aktorem i to jednym z najlepszych, ma talent, odwagę, iskrę w oku i potrafi nas oczarować.


Jitka Němcová
reżyserka

 


Pierwsze spotkanie z teatrem - wieczorek bożonarodzeniowy dla dzieci profesorów ze szkoły średniej
© J.Nohavica

Cieszyński Teatr - komedia Lišák Pomet čili Dundo Maroje
© Jaromír Nohavica

Lišák Pomet čili Dundo Maroje
© J.Nohavica

......a na dole w mieście za Domem Sztuki idzie sobie Mikołaj przebrany za Dziadka Mroza
© J.Nohavica


1 9 8 8

Na dvoře divadla  (EP - Písně pro V.V.- 1988)
0:29 min, mp3 - 0,11 MB
Nahráno na veřejných koncertech v únoru 1987 a v lednu a únoru 1988 v Praze.
 


2 0 0 3

Na dvoře divadla (Babylon- 2003)
0:29 min, mp3 - 0,11 MB
Nahráno a smícháno ve studiu MSN Recording, Jablonec nad Nisou 7-9/2003
 


1 9 9 8

Na dvoře divadla (Folkový kolotoč I. - 1991) - live
0:29 min, mp3 - 0,11 MB
Nahráno ve studiu československého rozhlasu v Ostravě v letech 1981-1982

 

 

Na dvoře divadla
záznam ze společného koncertu s Radkem Pobořilem
14.7.2005, Klub Parník Ostrava, 
1:53 min, wmv - 6,51 MB

Kamera
© Tomáš Linhart, 2005
 
  Jaromír Nohavica na divadelní přehlídce
ukázka z amatérského záznamu divadelní přehlídky v Buchlově
15.8.1991, Buchlov, 
1:53 min, wmv - 6,55 MB

Kamera
© Tomáš Linhart, 2005
 

Povídání o divadle
26.3.1984, Praha, klub Na Petynce  3:12 min, mp3 - 2,79 MB

  Na dvoře divadla
26.3.1984, Praha, klub Na Petynce  1:50 min, mp3 - 1,72 MB
  Na dvoře divadla
1999, Hradec Králové, divadelní přehlídka  1:35 min, mp3 - 1,49 MB


Na dvoře divadla
čteme Shakespeara
na dvoře divadla
Hamlet umírá
Slunce je kulisák
staví nám kulisy
z okna nám nadává
herec jakýsi

Herec který má
pět let do penze
a Shakespeare dostává
nové dimenze
není tu opony
a ani publika
tady se nekřičí
a ani nevzlyká
tady je nožem nůž
a krev je krvavá
tady se miluje
tady se nadává

Já sedím na klandru
a ty zas na sudu
a každý hercem je
svýho osudu
nechceme angažmá
čtvrtletní prémie
křísíme Hamleta
který nás přežije

Na dvoře divadla
hrajeme divadlo
na dvoře divadla
hrajeme divadlo


piosenkowy blog

archiwum pod lupa

teksty własne-CZ

tłumaczenia tekstów

polskie

angielskie

niemieckie

włoskie

wegierskie