JAROMÍR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt

LICEALISTA  (1968 - 1971)
 

Opowieść o licealnych latach z gitarą rozpocznę w pociągu, którym jechałem na czyn społeczny do pracy przy chmielu i w którym do późnej nocy wyśpiewywałem głośno oprócz krylowskich "Droga to kurz i piach" oraz "Braciszku" również swoją własną "Heroinę" - świeżutką nowość, która stała się potem ulubionym przebojem chłopaków, śpiewanym wieczorami nad stawem w Liběšicach. Dziewczynom bardziej podobały się "Pułapki diabła", które śpiewałem po zachodzie słońca. Dla pewnej Šárki skomponowałem "Córkę kata" i "Stał się cud". A na treningu narciarskim w tatrzańskiej chacie w Małych Karłowicach na wieczorku pożegnalnym zostałem doceniony przez panią od matematyki, której podobała się pieśń pt. "Mężczyzna, który zaszedł w ciążę”.

Kiedyś na pierwszym roku próbowałem też szczęścia w konkursie piosenki, który odbywał się w domu kultury w Witkowicach przy kościele. Wynik był marny, ale się nie dziwię. Konkursowej piosenki, którą wtedy śpiewałem nie odważyłbym się dzisiaj zarejestrować w Stowarzyszeniu Ochrony Praw Autorskich jako swoją. Bee Gees zniszczyliby mnie finansowo.
Tymczasem nasze drogi z chłopakami z podstawówki się rozeszły, pierwszy zespół się rozpadł, choć udało nam się jeszcze zagrać w zmienionym składzie na regularnym, pierwszym beatowym festiwalu w Porubie. Odbywał się on w propagandowym centrum na Placu Havlička w siedemnastopiętrowym budynku i było niesamowicie. Głównie dlatego, że był tam do dyspozycji sprzęt, który działał. Naprawdę głośno. Ja grałem na basie, a moja solówka we wspomnianej już "Heroinie" bardzo się podobała. Mnie również. A poza tym miałem na sobie żółte, obcisłe spodnie.
Wkrótce zacząłem próbować swoich sił z nowym zespołem w Děhylowie w gospodzie przy stacji kolejowej. Nazywał się Noe. A co graliśmy? Głównie moje piosenki. Popadliśmy przez to w wielką niełaskę u porubskich rockmanów, którym nie za bardzo podobało się śpiewanie po czesku. Jak przez mgłę pamiętam jeszcze wielki przebój "Kasiarz Tom" w E dur, ale jego tekst i melodia wyleciały mi już z głowy. Potem występowaliśmy także w Pustkowcu w gospodzie U Mamy. Bohuš Šurgot, Milan Viselka, Jenda Pochman i ja. Kariera zespołu zakończyła się tragicznie. Milan i Jenda mieli pewne problemy z prawem, bo byli zamieszani w kradzież jakichś bananów, wina, czy czegoś w tym rodzaju. Pisali o nas nawet w biuletynie sądowym "Nowej Wolności", a na dywaniku u dyrektora liceum, słynnego Alfreda Lubojackiego zrozumiałem, że od tej pory lepiej będzie zacząć odpowiadać za siebie samemu.

Generalnie można powiedzieć, że były to szczęśliwe lata swobodnego, srebrnego wiatru, kiedy jeszcze się nie przejmowałem zmianami harmonicznymi czy dopasowaniem rymów. Ani strojeniem. Gitara mnie po prostu zawsze i wszędzie prowadziła jakby sama z siebie. Czy to w lecie przy wyjazdach do pracy społecznej przy ziemniakach, czy w czasie zimowych wypadów. Komponowałem sobie i grałem ot tak, po prostu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem o tym wszystkim, co mnie czeka w przyszłości. Mianowicie, że im dłużej człowiek się CZYMŚ zajmuje, tym większą zyskuje na TEN temat wiedzę, ale tym ciężej mu TO potem idzie.
 


Plakat na beatowy festiwal 1969 r.
© Jaromír Nohavica

Z gitarą na wycieczce.
© Jaromír Nohavica


piosenkowy blog

archiwum pod lupa

teksty własne-CZ

tłumaczenia tekstów

polskie

angielskie

niemieckie

włoskie

wegierskie