|
JERZY MAREK

Rocznik 1965. Polonista. Mieszka i pracuje w Bielsku-Białej.
Uczy języka polskiego w III LO im. S. Żeromskiego,
prowadzi też dla studentów polonistyki zajęcia z
języka mediów w Kolegium Nauczycielskim.
Od
połowy lat osiemdziesiątych zafascynowany kulturą
czeską i – szerzej – kulturą Europy Środkowej.
Artykuły i szkice publikuje najczęściej na łamach
pisma „Świat i Słowo”.

Cieszyńska

Gdybym
w tym mieście mógł się narodzić
przed stu laty
w pana Larischa pięknym ogrodzie
zrywałbym kwiaty
dla mojej narzeczonej córki szewca
Kamińskiego co we Lwowie mieszka
kochałbym ją i pieścił
chyba lat dwieście
Mieszkalibyśmy opodal targu
w domu u żyda Kohna
największym pośród cieszyńskich skarbów
byłaby ona
mówiłaby po polsku nieco z niemiecka
trochę po czesku z uśmiechem dziecka
raz na sto lat cud zdarzyć się może
zdarzyć się może
Gdybym urodził się przed stu laty
u Prochazki znalazłbym fach
księgi oprawiać mógłbym a wypłaty
oczekiwać w ustalonych dniach
miałbym trzydziestkę i trójkę dzieci
zdrowie i żonę najpiękniejszą w świecie
celý dlouhý život před sebou
całe piękne dwudzieste stulecie
Gdybym w tym mieście mógł się narodzić
przed stu laty
w pana Larischa pięknym ogrodzie
rwałbym ci kwiaty
tramwaj przez rzekę jeździłby w końcu
dałby się szlaban podnosić słońcu
a z okien szłaby woń
potraw bogatych
Słychać by było jak z knajpy się niesie
muzyka co tak urzeka
byłoby lato tysiąc dziewięćset dziesięć
a za domem senna rzeka
cudowną wizją chcę was zadziwić
cieszyńskim niebem gdzie wszyscy szczęśliwi
dobrze że człowiek nigdy nie wie
co go czeka
Danse macabre
tłumaczenie (dla zespołu Akurat) Jerzy Marek
dla Leonarda Cohena

Dla Leonarda Cohena
Sześć milionów serc uleciało przez kominy
nasze małe kłamstwa dziś sobie wybaczymy
będziemy śmiać się tańcząc na rynku z wieśniakami
teraz już wiem
kocham Cię
miłość i nienawiść różnią się niewiele
woźnica trzaska z bicza, jedziemy na wesele
w czerwonej bluzce z aksamitu
Marię i Ewę przypominasz mi
a mnie zabiją dziś
dzieci to pojęły, patrzą na mnie smutno
na czole trzecie oko straszy zimną pustką
Bóg chyba wypił sporo bałkańskiego wina
i poszedł spać
inaczej sensu brak
Darmodziej
Dedykowana Karelowi
Šiktancowi

Jakiś nieznany gość
Szedł wczoraj po ulicy
dobrze widziałem go
z okna swej kamienicy
na flecie chorał grał
brzmiało to niby dzwon
a był w tym jakiś żal
i piękny długi ton
nagle poznałem go
wiedziałem że to on
tak to on
Zbiegłem po schodach w dół
opatulony w koc
śmietników smród się snuł
pisk szczurów przeszył noc
a w ciepłych łóżkach gdzie
raz miłość a raz sen
cicho wierciły się
widma domowych scen
odpowiedź chciałem znać
na pytań sto o sens
Dopadłem go pod murem
ręka chwyciła spód
kurtki z wężowej skóry
szedł od niej dziwny chłód
odwrócił do mnie się
miał oczy pełne wron
głębokie blizny dwie
na twarzy z obu stron
nagle poznałem go
wiedziałem że to on
tak to on
Milcząc ze strachu drżał
niepokój krył się w oczach
w ręku piszczałkę miał
od Hieronima Boscha
nad domem księżyc pękł
jak ptaków nocnych śpiew
tak jak sumienia jęk
że znów stoczyłem się
teraz poznałem go
tak to
jest Darmodziej
mój Darmodziej
Mój
Darmodziej
mroczny pan losu i miłości
unika dni włóczy się
lubi we śnie gościć
mój Darmodziej piękne zło
jad ma pod językiem
gdy sprzedać chce ludziom swe
szpilki i słowniki
Jakiś
nieznany gość
chodził od drzwi do drzwi
dziś już nie widzę go
kapały krople krwi
zabrałem jego flet
znów zabrzmiał niby dzwon
a był w tym jakiś lęk
i piękny długi ton
zorientowałem się
że przecież ja to on
ja to
Wasz
Darmodziej
mroczny pan losu i miłości
unikam dni włóczę się
lubię we śnie gościć
wasz Darmodziej piękne zło
jad mam pod językiem
gdy sprzedać chcę ludziom swe
szpilki i słowniki
Dla Lenki

Sił
mało pod oczami wory
a pod językiem czuję gorycz
wiarę tracę wiarę
to mnie dołuje
strzelają do mnie reflektory
i jestem celem dla myśliwskiej sfory
ktoś do mnie pali a to mnie boli
już serce kłuje
Mówię jak mój przyjaciel Pepa
patrząc w oczy ślicznej panienki:
„twoje wdzięki nie bawią mnie
a trochę bawią”
fortuna znowu była ślepa
gdy rzekła mi to co mi rzekła
piszą mi z piekła że mnie uzdrowią
że mnie uzdrowią
Świty są smutne jak wieczory
krew z nosa cieknie jestem chory
nikt nie odbiera telefonu
nawet głosu cień
Wieczory smutne są jak świty
przez całe życie będę bity
mój anioł stróż poszedł do domu
znowu szary dzień
Jak ci się wiedzie
no czasem fajnie czasem jest do bani
dwóch puzonistów z orkiestry dętej
gra mi pod oknami
Moja córeczko tłumaczyłem
że cztery lata ciężką są udręką
a czas pędzi
zawsze i wszędzie
bez ciebie jest mi źle
gdy umrę wspomnij że byłem
dla ciebie układałem tę piosenkę
dużo cierpiałem
łzy wylewałem
światu mówiłem „nie”
Świty są smutne jak wieczory...
Dopóki
słychać mój śpiew
Z Cieszyna jadą pociągi gdzieś daleko w świat
wczoraj nie spałem dziś także nie będę się kładł
w Medardzie patronie mym budzi się święty gniew
jeszcze żyjemy dopóki słychać ten śpiew
Po suchy prowiant znów dworcowy odwiedzam kram
serce by kochać a głowę do piosenek mam
jak trzeba żyć wszyscy uczą mnie logice wbrew
ale wciąż nie umarłem dopóki słychać mój śpiew
Wklejam do albumu wspomnień i biletów rząd
nie wiem gdzie drogi kres wiem tylko że ruszam stąd
za oknem migoce życie i szpalery drzew
wciąż nie umarłem dopóki słychać mój śpiew
Robiłem głupstwa i słono płaciłem nie raz
huśta kołysze i buja mną wśród krętych tras
i choćby hieny rzuciły się spijać mą krew
to wciąż nie umarłem dopóki słychać ten śpiew
Z Cieszyna co kwadrans wyjeżdża pociągów sto
podnoszę telefon i pytam „Czy jest tam kto?”
a gdzieś z oddali dobiega mnie znów życia zew
bo wciąż nie umarłem dopóki słychać mój śpiew
Dzięcioł

Za oknem świt a modry dzięcioł po niebie lata
ty jesteś piękna niby brzoskwinia pośrodku lata
jesteś tak piękna jak winogron złotych kiść
gdy niebo płonie i ku ziemi zda się iść
Wstrzymuję dech aby nie spłoszyć twojego śnienia
ty masz pod głową ręce a moja twarz jak z kamienia
a ty spokojna jesteś jak poziomek woń
fala twych piersi niesie łódź na wody toń
Za oknem świt a modry dzięcioł niebem kołuje
przebudź się serce moje tęsknotę i pustkę czuję
a ty jak lawa wysieczona gromem burz
gdy wulkan wstaje noc ucieka niby tchórz
A ja zostaję...
Gdy
wyciągnę nogi

Gdy rano buty włożę i garnitur pogrzebowy
gdy już stara skuma że dziś do roboty nie mam głowy
gdy przejdą już po każdej ostrawskiej ulicy
w czarnych korowodach smutni żałobnicy
gdy w kalendarz strzelę
będzie weselej
będzie pięknie i kwita
gdy na wieki już wyciągnę kopyta
Żeby każdy zapamiętał jak to ludzie mnie lubili
niech się baby smucą jedzą gulasz niech muzyka kwili
bo jak za życia nie znosiłem partaczenia
tak po śmierci nic w tej sprawie się nie zmienia
będzie wspaniale
będzie pięknie i kwita
gdy na wieki już wyciągnę kopyta
Czasem śmierć tak hula że nikt nie uchodzi cało
nie pomaga nawet wóda czy kochanki młode ciało
jeśli mogę wybrać chcę żeby to było
jak z Magdonem niech mi w karczmie łeb rozbiją
będzie wspaniale
będzie pięknie i kwita
gdy na wieki już wyciągnę kopyta
Nie wiem tylko jakie papierosy warto kupić
bo bym tam na górze bardzo nie chciał się wygłupić
na wszelki wypadek wezmę flaszkę rumu
bo rum w małych dawkach nie niszczy rozumu
będzie wspaniale
będzie pięknie i kwita
gdy na wieki już wyciągnę kopyta
Wiem że cię Boże nie ma jednak gdybym w ciebie
wierzył
rzuć mnie na ten cmentarz gdzie mój stary kumpel
leży
z Lojzą zjeżdżaliśmy na dół zawsze równi stażem
trzeźwi czy pod gazem więc już dociągniemy razem
gdy w kalendarz strzelę
będzie pięknie i kwita
gdy na wieki już wyciągnę kopyta
Gdy rano buty włożę i garnitur pogrzebowy
gdy już stara skuma że dziś do roboty nie mam głowy
nawet jeśli mogło być inaczej Boże
teraz to nieważne nie było najgorzej
gdy wyciągnę nogi
nawet jeśli mogło być inaczej Boże
teraz to nieważne nie było najgorzej
gdy wyciągnę...
Kometa
Jerzy Marek

Dostrzegłem kometę po niebie leciała
chciałem jej zaśpiewać lecz w pył się rozwiała
zniknęła jak łania w zaroślach pod laskiem
oczy mi przeszyła monet złotych blaskiem
monety schowałem do ziemi pod dębem
gdy znowu przyleci nas już tu nie będzie
nas już tu nie będzie i próżno się łudzić
dostrzegłem kometę chciałem jej zanucić
O trawie o lesie o wodzie
o śmierci z którą tak trudno jest żyć w zgodzie
o zdradzie miłości o świecie
o losie pokoleń żyjących na naszej planecie
Już gwiezdne perony pełne dźwięcznych głosów
pan Kepler rozpoznał reguły kosmosu
znalazł przez lunetę w gwiazdach tajemnicę
co nieść ją musimy na barkach przez życie
tę jedną z odwiecznych tajemnic przyrody
że tylko z człowieka człowiek się narodzi
że drzewo to związek liści i korzeni
wszechświatem wędruje krew naszych nadziei
Dostrzegłem kometę piękno w sobie kryje
jak dzieło artysty który już nie żyje
sięgałem do nieba marna moja siła
prawda mnie brutalnie na ziemię strąciła
jak posąg Dawida wykuty w marmurze
zamarłem ze wzrokiem wzniesionym ku górze
gdy znowu przyleci ach próżno się smucić
nas już tu nie będzie inny jej zanuci
O trawie o lesie o wodzie
o śmierci z którą tak trudno jest żyć w zgodzie
o zdradzie miłości o świecie
będzie to piosenka o nas i o komecie
Kostucha
i Śmierć

Naprawdę nie wiem jak to było
gdzie mnie poniosły kroki
w tych miejscach światło nie świeciło
a noc charczała mrokiem
jak w worku do topienia kotów
czułem ciemności smak
nagle dwie panny wyszły z cienia płotu
ta z kosą drugiej ciała brak
Coś taki smutny niech ja skonam
jeszcze nam wykitujesz
śmieje się każda jak szalona
i kieckę podkasuje
ręce wsunęły pod me pachy
tym wyćwiczonym gestem
już jedna na taksówkę macha
jedziemy na imprezkę
Pamiętać knajpy gdzieśmy byli
to nie jest w mojej mocy
gdy nas z ostatniej wyrzucili
już było po północy
ich dom daleko był od ludzi
pod baldachimem łoża
mówię gdybym się rano nie obudził
niech was nie ścina groza
Ta z kosą leży z lewej strony
a z prawej ta bez ciała
rano wstaje tylko pomylony
śpij chłopcze powiedziała
gdy się zbudziłem bez pojęcia
rolety były w dole
a szczątki potraw po przyjęciu
walały się na stole
Jak ranę czułem całym sobą
ból w piersiach nieskończony
a budzik tykał mi nad głową
na wieczność nastawiony
i rytm wybijał w mojej skroni
jak ministranci w kościele
w oddali gdzieś komórka dzwoni
a ja mam piękną niedzielę
Koszulka
dedykowana żonie

Zdejmij już koszulkę ukochana
przed nami noc cała aż do rana
ranek jest daleko serca blisko
pięknie jest kochać miłością czystą
Wczoraj uciekłaś dziś jesteś u mnie
ja tylko ciebie tak tulić umiem
na wodzie wodziczce lód spękany
może już nigdy się nie spotkamy
Zdejmij już wreszcie koszulkę zwiewną
jesteś najpiękniejsza wiem na pewno
jutrzenka goreje krwią na niebie
pierwszą miłością obdarzmy siebie
Krecie
metro

Pierwsza druga i trzy ćwierci
kret w ogródku dziurę wierci
pazurami ryje darń
metro kretom robi drań
Rrrrrrrrrrr...
Forsa i do jazdy smak
trasę każe wybrać tak:
od ogórków aż po grochu liść
dalej na piechotę trzeba iść
Rrrrrrrrrrr...
Mam tylko
bliznę

Za stary jestem aby rewolucjom dawać wiarę
a moja wielka głowa dziwi kaptur swym rozmiarem
jedzenie półproduktów zawsze było dla mnie męką
kiedy się zjawia problem nervosol mam pod ręką
A przez igielne ucho nigdy chyba przejść nie zdołam
gdy wilki za mną biegną nie rozglądam się dokoła
a gdyby o anioła ktoś zapytać chciał
to mam tylko bliznę bo przy mnie stał
Garnitur zakurzony na rękawie dziura
me grube palce nie potrafią dobrze związać sznura
gdy zdarzy mi się płakać wolę zakrywać oczy
a w rytm muzyki zawsze do tańca umiem skoczyć
wiele widziałem w rękach miałem różne ważne sprawy
i bardzo się wstydziłem gdy grzmiały salwy sławy
a gdyby o anioła ktoś zapytać chciał
to mam tylko bliznę bo przy mnie stał
Spotkałem prezydentów czasem wrogą tłuszczę
przyszedłem na świat nagi nagi go opuszczę
jak miałem lat piętnaście widziałem ruskie tanki
po pięćdziesiątce wysłuchałem wróżby od cyganki
zanim przed świętym Piotrem stawię się u bram nieba
poetom czeskiej ziemi pokłonić mi się trzeba
a gdyby o anioła ktoś zapytać chciał
to mam tylko bliznę bo przy mnie stał
W Paryżu ruskie „L`Humanité” miałem do czytania
w tym czasie z Biblii rozumiałem tylko proste zdania
w New Yorku zrobił mi się wrzód od łyżki plastikowej
najlepszą kawę piłem przy pasażu w Hypernowej
w mariasza grając chciałbym wszystkie karty mieć
znaczone
chciałbym zobaczyć Banik jak rozwala Barcelonę
a gdyby o anioła ktoś zapytać chciał
to mam tylko bliznę bo przy mnie stał
Niektórym ludziom zawsze w smak zachcianka płocha
ale ja moja droga ciągle cię tak samo kocham
gdy ciasto na pierogi rozprowadzasz wałkiem
gdy wznosisz palec niczym dyrygencką pałkę
A gdy się między nami jakaś kłótnia rozpoczyna
myślę o miłych chwilach a o złych zapominam
a gdyby o anioła ktoś zapytać chciał
to mam tylko bliznę bo przy mnie stał
Martwa
pszczoła

Martwa pszczoła na stole gdzie leciała
kropelek lemoniady pić nie chciała
słodkie eklerki
niby trumienki
i lodowy tort
Mała beksa buzię trze rękami brudnymi
jedna martwa pszczoła jeszcze lata nie czyni
słodkie eklerki
niby trumienki
i lodowy tort
A słońce świeci tak leniwie
Starsza pani na fotelu czyta Kwiaty zła
francuski dzisiaj już mało kto zna
słodkie eklerki
niby trumienki
i lodowy tort
Wnet południe zegar z wieży wybije
martwa pszczoła w górę już się nie wzbije
słodkie eklerki
niby trumienki
i lodowy tort
A słońce świeci tak leniwie
Maskarada

Koło fortuny toczy się
aż śmierć paluchem kiwnie że
pora pakować ziemskie graty
doczesne szczątki składać czas
skłonić się damie nisko w pas
w dostojny taniec puścić gnaty
tańczy się zwykle na trzy pas
gdy życie ku końcowi gna
ten bal to ludzkich losów schemat
fakt nie oszczędzam pani nóg
gdybym o łaskę prosić mógł
przecież właściwie mnie tu nie ma
To piękna Marta czy
zjawa z tańca śmierci
ma sweter w kratę i
słodko zadkiem kręci
ktoś do zabawy dał znak
niech to szlag...
Już miłosierny zapadł mrok
nie widać dalej niż na krok
parkietu na balowej sali
w ciemności zarys twarzy zblakł
każdy na Martę patrzy jak
wolno rozpływa się w oddali
kapelmistrz już batutę wzniósł
i z partytury strzepnął kurz
to jest najlepszy muzyk w świecie
a w kręgu miga raz po raz
przy stole nieruchoma twarz
inni się pocą na parkiecie
To piękna Marta czy
zjawa z tańca śmierci
ma sweter w kratę i
słodko zadkiem kręci
ktoś do zabawy dał znak
niech to szlag...
Nad ranem pokojówka by
pościel przewietrzyć przyjdzie i
pod łóżkiem znajdzie parę groszy
panna z recepcji czyta o
antykoncepcji książkę bo
o księcia z bajki wróżkę prosi
szatniarce marynarek stos
został po gościach co za los
jak się kontrola napatoczy
wskazówki stoją czwarta dwie
ta większa już za chwilę drgnie
wszystko się wciąż dokoła toczy
To piękna Marta czy
zjawa z tańca śmierci
ma sweter w kratę i
słodko zadkiem kręci
zabawę kończyć już czas
słońca blask...
Moja mała
wojna

Mobilizacja pełna rekrucką kartę biorę
na swoją małą wojnę wyruszam dziś wieczorem
cesarz nie wypowiedział jej rozkazem żadnym
lecz cofnąć się nie mogę gdy pierwsze ciosy padły
Dobosz mojego serca wybija rytm marszowy
a we mnie się ustawia chorągiew w szyk bojowy
ja wieczny pacyfista dziś sobie słabo radzę
rysuję trupią czaszkę kredą na czarnej fladze
Trzymajcie za mnie kciuki bo we mnie strach i gniew
w tej mojej małej wojnie będzie się lała krew
z nadzieją oczekujcie dobrych wieści z frontu
a ja do boju ruszam bronić swych horyzontów
Strzec muszę ziemi co ma dwa kwadratowe cale
ja przecież więcej miejsca nie potrzebuję wcale
chcą mi odebrać wszystko żegnajcie muszę lecieć
na moją małą wojnę przeciwko mieczom z mieczem
Moje
smutne serce

Nad mą głową chmury pełne mroku
co z miłością pytam ludzi wokół
moje serce
smutne serce
Nagi bosy w mieście pełnym huku
ja miłości szukam absolutu
moje serce
smutne serce
Nie ma nie ma wszystko złuda marna
zaśniedziałe szyldy na lombardach
moje serce
smutne serce
Myszka
Miki

Przed świtem budzi mnie mrok więc za nadgarstek
chwytam
czy puls mi jeszcze bije a nowy dzień mnie wita
czy jest już po mnie i śmierć przy moim łóżku gości
każdego ranka nowe przebudzenie do nicości
Nie ma dlaczego gdzie nie ma z kim nie ma co
nie ma jak nie ma o czym samotność to nasz los
stary Don Kichot już na Rosynanta siada
za kierownicą ślepy Bóg przed nami autostrada
Włączam telefon pełen cudzych uczuć przykrych treści
jak gliny po ulicach sennych snują się złe wieści
ni to zbudzony ni jeszcze pogrążony we śnie
mam minę Myszki Miki uśmiech się zjawić nie chce
Skreślić poranki
Z radia się sączy jazz to chyba Chick Corea
doprawdy jest wesoło mniej więcej jak w mauzoleach
jestem jak mumia mam wory pod oczami
blask różowego świtu swym pięknem mnie nie mami
Co robić mam ty mówić zawsze byłaś zdolna
świat się otula w mrok a nasze łóżko stygnie z wolna
czyją to winą jest pytam znów nie w porę
że drwal ścinając drzewa rzucił między nas toporem
Łóżko się podzieliło na dwa niepodległe kraje
rysunek na tapecie zasiekami się wydaje
we śnie się nic nie zdarzy sen słodką jest nirwaną
kochałem cię a teraz wściekłości pluję pianą
Skreślić zasieki
Te wszystkie chwile i minuty przeklinałem
gdy rzeczy nie są czarne ale nie są także białe
gdy nie wiesz noc czy dzień czy świta czy mrok siny
boli mnie jawa ale nie podaje nikt morfiny
Wściekle pulsuje skroń i tępo w piersiach męczy
zasnąć i nie obudzić się myślami się nie dręczyć
posłucham twoich łez kapiących smutnym deszczem
na życie już za późno a na śmierć nie czas jeszcze
Co się zdarzyło wczoraj to jakby się nie stało
wypiłem cały zapas kawy a jeszcze mi mało
gdy czegoś nie chcesz to się właśnie stanie
dowiedziono
że kromka z masłem spada na dół zawsze głupią stroną
Masło bym skreślił
Mówisz mi o nadziei a słowa twe nad ranem
jak drogi nadajników międzygwiezdnych poplątane
gdyby tak piżamy zdjąć o to cię tylko proszę
dwadzieścia lat mówiłem lecz rozmowy nic nie wnoszą
Plakat z prosiakiem wisi ciągle w tej łazience
gdy spłuczka się napełnia ja wściekam się i dręczę
wszystko tu wyczyszczone i sterylne jak w szpitalu
tylko oddychać nie ma czym i duszno od oparów
Na tej
samej łodzi

Tą samą łodzią gnamy
wszyscy jak jeden mąż
gdy wiosła odkładamy
bezwolnie dryfujemy
tą samą łodzią gnamy
w stronę zagłady wciąż
i martwych wyrzucamy
a z żywych się śmiejemy
Kapitan znów pijany
bosman nic nie słyszy
podróżni wymiotują
mat się ze wstrętu krzywi
a gdzieś tam nad głowami
pętla się kołysze
dla tych co jeszcze czują
dla tych co jeszcze żywi
Horyzont gdzieś w oddali
a łódź ma wiele dziur
bezradni cieśle stali
łamali sobie głowy
horyzont gdzieś w oddali
ciężko utrzymać kurs
tych co się wczoraj bali
dziś dziennik pokładowy
Kapitan znów pijany
bosman nic nie słyszy
podróżni wymiotują
mat się ze wstrętu krzywi
a gdzieś tam nad głowami
pętla się kołysze
dla tych co jeszcze czują
dla tych co jeszcze żywi
A szczury z każdej strony
jakby za mało plag
z uśmiechem wykrzywionym
kłębią się pod pokładem
a szczury z każdej strony
do diabła niech je szlag
los jeszcze niespełniony
i damy sobie radę
Piracką flagę w górę
a do zębów noże
by trochę żarcia posłać
świeżego dla piranii
zrobimy w niebie dziurę
czy tam mieszkasz Boże
teraz ty bierzesz wiosła
a my siadamy za sterami
Never
more

Wiersze czytałem w nocy długo dość
a radio grało
nagle o parapet stuknęło coś
a może tylko tak mi się zdawało
zza okna tajemniczy cichy głos
zdał się słabo nieść
przepraszam czy z poetą zetknął mnie los
może moglibyśmy na chwilę wejść
W sieni parasol podał mi i płaszcz
i flaszkę wina
jakbym już kiedyś gdzieś widział tę twarz
była to twarz której się nie zapomina
w przeciągu zgasła świeca
płomień zimny wiatr zwiał
dreszcz jakiś przeszedł mi po plecach
na podłodze kruk stał
W fotelu usiadł gość a czarny ptak
na jego dłoni
serce zakłuło gdy dostrzegłem jak
nad butem skrawek końskiej sierści się wyłonił
razem przebyliśmy ten drogi szmat
zgodnie z życzeniem twym
i wizytówkę podał mi przez blat
firma Diabeł i syn
Przywoływałem go przez wiele dni
i wiele nocy
czekałem gdy tchu brakowało mi
a teraz mogłem mu popatrzeć prosto w oczy
poczułem jak mi ścierpła skóra
strach gardło lodem skuł
na widok kartki i gęsiego pióra
które wyjął na stół
Ty musisz tylko małą kroplę krwi
zaoferować
ja nowych doznań ci otworzę drzwi
i w pieśni będziesz umiał składać słowa
dlaczego aż tak cię zaprząta
moich myśli tor
spytałem a kruk zaskrzeczał z kąta
„never more”
Na dłoni mam zaschniętą kroplę krwi
mrok okrył salę
a blizną szarpie ból kiedy mży
a wyjrzyj no przez okno przecież pada stale
rozchwiany jak po zabłądzeniu
gdzieś na ślepy tor
a kruk zakrakał siedząc na ramieniu
swoje „never more”
Niebo
jest tu

Gdy biorę cię za ręce
słyszę jak bije serce
skowronek nam przygrywa
ach jesteś cudnie żywa
Niebo jest tu niebo jest w nas
niebo jest wszędzie tam gdzie my
Jeśli coś raz polubisz
to całe życie gubisz
gdy czegoś ci zabraknie
do śmierci tego łakniesz
Niebo jest tu...
Do ziemi poświęconej
każde z nas przeznaczone
z rękami splecionymi
me włosy między twymi
Niebo jest tu...
Ostrawo

Ostrawo Ostrawo
w sercu ciebie noszę
mój ty gorzki losie
Ostrawo Ostrawo
czarnych gwiazd na niebie sto
Inne miasta Bóg obdarzył urokami
parowce na nabrzeżach
wystrojone piękne damy
Ostrawo z serca głos
przypieczętowany los
Ostrawo Ostrawo
gdzie ja miałem oczy
gdym do ciebie kroczył
Ostrawo Ostrawo
czarnych gwiazd na niebie sto
Choćby w różne strony świata mnie poniosło
to jak ptak do domu
umiem znaleźć drogę prostą
Ostrawo z serca głos
przypieczętowany los
Plebs
blues

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem piramidy
cholerni władcy pomyślałem niech ich szlag
oni traktują ludzi jak parszywe gnidy
dla ich kaprysów muszę znosić milion plag
oni z piaskowca projektują sobie groby
żeby w historii się zapisać nam na złość
ja do pocisków wkręcam śrubki każdej doby
a gdybym nie chciał to mi zaraz dadzą w kość
To jest mój plebs blues...
Za marne żarcie rzodkiew i pęczek cebuli
jestem jak błazen dziejów bezimienny głos
Cezara wycieraczka dziwka Kaliguli
negatyw życia wyretuszowany los
gdy podnosiłem głowę zaraz brałem w gębę
w końcu przekroczyliśmy demokracji próg
lecz w dobro Pana Boga wierzyć już nie będę
a nawet w to że jest gdzieś jakiś Bóg
To jest mój plebs blues...
W gazetach piszą znów że jestem panem świata
a ja się co dzień ze zmęczenia zwalam z nóg
na księżyc co pół roku rakieta lata
a ja wciąż łajno toczę jak pustynny żuk
mam przecież także serce serce które bije
a wy patrzycie jakbym tylko żarł i żuł
dlaczego nikt nie spyta jak mi się żyje
dlaczego wciąż haruję jak roboczy wół
To jest mój plebs blues...
Nie wierzę w wasze bzdury wierzę tylko w siebie
gdy czegoś nie wyszarpię to nie będę miał
nie obiecujcie mi po śmierci życia w niebie
bo los mi przecież tylko jedno życie dał
jestem jak miliard innych ludzi ludzka gnida
trybik w maszynie mała nieistotna część
wisi mi cała wasza głupia piramida
a pocałujcie wy mnie wszyscy gdzieś
To jest mój plebs blues...
Plują i
rzucają kamieniem
W sławnym mieście Jeruzalem
czy trzeba mówić więcej
u schyłku Wielkanocy
Piłat umywa ręce
Jezus się wspina na Golgotę
wokół szyderców cienie
a co jest potem?
plują i rzucają kamieniem
Krzyż się nie zmienia
tylko czasy i nazwiska
wciąż świst kamienia
ciągle piana cieknie z pyska
a później przeprosimy
pomniki postawimy
i głowy przystroimy
Nad klasztorem snuje się dym
księgi się palą
husyckie wojska
ołtarze rozbijają
dobry człowiek schowany za płotem
krzyczy: „to diabelskie nasienie”
a co jest potem?
plują i rzucają kamieniem
Krzyż się nie zmienia...
Kościół w Auvers przewraca się
wygląda jak pijany
szalone piękno
Vincent jest obłąkany
profesorowie z polotem
mierzą i demonstrują uchybienie
a co jest potem?
plują i rzucają kamieniem
Krzyż się nie zmienia...
Człowiek z gitarą na estradzie
słuchaczom oczy otwiera
prawda w tych pieśniach jest
bezlitosna i uwiera
publiczność jak przeszyta grotem
ucisza swe sumienie
a co jest potem?
plują i rzucają kamieniem
Krzyż się nie zmienia...
W sławnym mieście... ale to właściwie nieważne
bo zawsze czyjejś przyglądając się męce
kolejny Piłat
znowu umywa ręce
Pomylona
Gośka

W mroku podziemnych przejść
dworca w Cieszynie Gośka pomylona
śpiewa miotłę ściskając w dłoniach
to zaklętej królewny pieśń
melodię echo niesie po peronach
kiedy śpiewa z tą miotłą w dłoniach
Fajkowy blues
rumowy song
symfonia biletowa
smród piwa z ust
zmącony wzrok
i pieśni płyną słowa
pomylonej Gośki
Niegdyś pikantna subreta
na scenie wojennego kabaretu
była piękna piękna szalenie
Jak Liza i Marketá
mroczne tęsknoty ojców katechetów
była ale to już wspomnienie
Fajkowy blues...
W podziemnym przejściu mrok
jak w głównej nawie gotyckiej świątyni
Gośka bułkę cichutko żuje
potem robi ostatni krok
pomarańczową bluzę wiesza w sieni
a ja ją ja ją a ja ją ciągle miłuję
Sarajewo

Na galicyjskich błoniach wicher straszny wył
skromny nasz dobytek woda starła w pył
jak wędrowne ptaki jak dwa listy w dal
lecimy do siebie wśród przestworzy fal
Jeszcze płonie ogień popioły się tlą
przyszła noc już pora spać
popatrz Sarajewo na wzgórzach za mgłą
tam jutro cię za żonę będę brać
Stanę przed ołtarzem podam ci swą dłoń
wieniec tamaryszku wpadnie w rzeki toń
woda zniesie go aż do morza bram
pod nogami ziemia a nad głowami Pan
Jeszcze płonie ogień...
Z mocnego kamienia postawię biały dom
dębowym parkanem otoczę z wszystkich stron
żeby każdy poznał mej miłości moc
aż po czasu kres stać będzie dzień i noc
Jeszcze płonie ogień...
Smutna
cienka struna

Tak jak smutna cienka struna
czeka aż jej palce podam
jak księżyca mokra łuna
gdy ją w garści dzierży woda
tak jak wraki u wybrzeży
jak grosz marny dla kelnera
tak jak dzwony z miejskiej wieży
gdy się obce wojsko wdziera
Takie we mnie przygnębienie
takie przygnębienie we mnie
nic nie zmienię nic nie zmienię
póki nuty dźwięczą ciemne
takie pieśni śpiewać umiem
takie pieśni śpiewać umiem
świata ciągle nie rozumiem
Jak liść drżący niepokojem
gdy październik zdziera zieleń
tak jak ręce lecz nie twoje
chłodne ręce na mym ciele
tak jak obietnica płocha
co wyrasta mrocznym murem
jak pytanie czy mnie kochasz
jak milczenie twe ponure
Takie we mnie przygnębienie...
Jak niechciane brzemię które
muszę nieść bez powodzenia
tak jak ptaki mknące w górę
lżejsze od ludzkiego tchnienia
tak jak pierwsze w płucach drgnienie
jak noc skora do milczenia
jak ostatnie przebudzenie
tak jak miłość której nie ma
Takie we mnie przygnębienie...
Szturmówka
Jerzy Marek

Po świecie chodzę już dwadzieścia kilka lat
a świat się wciąż i wciąż tak samo toczy
ja mogę być spokojny mogę być i rad
trzeba mi tylko wykłuć oczy
od tych obleśnych gnid mnie Panie Boże chroń
co się od wieków władzy wysługują
gdy się unosi w państwie jakaś zgniła woń
ja czuję oni nic nie czują
Mówią mi wciąż ludzie z rządowej prasy
nie jest tak źle no zrozum takie czasy
Szturmówkę do ręki włóżcie mi i mówcie jak machać w
lewo i w prawo
odnajdę w sobie właściwy ton kadzić wam będę i bić
brawo
Mój bliski sąsiad księdzem został dawno już
to fajny chłop lecz klepie wciąż pacierze
ja jakoś w niebie nie mam żadnych bliskich dusz
a w Boga niezupełnie wierzę
w poezji zmarłych wieszczów odnajduję ład
a świat się wciąż i wciąż tak samo toczy
ja mogę być spokojny mogę być i rad
trzeba mi tylko wykłuć oczy
Mówią mi wciąż poczciwcy u koryta
nie jest tak źle tylko się dobrze przypatrz
Szturmówkę...
Z urzędu byle gość ma ogród garaż dom
żyje jak król choć niby sprawa mała
na moich pięciu metrach tylko rdza i złom
więc wołam w głos anarchii chwała
gdy tatę wywalili z pracy było źle
bo nie potrafił nagle zmienić skóry
ja w głębi duszy ciągle mam nadzieję że
zwalą się trony zadrżą mury
Mówią mi wciąż poczciwcy u koryta
nie jest tak źle maszeruj i nie pytaj
Szturmówkę...
W czasie
twej kąpieli

W czasie twej kąpieli
gdy woda kapie z rzęs
czart się we mnie wcielił
cały się z nerwów trzęsę
jak ty się oddajesz wodzie
tak cię wezmę ja jak złodziej
Już się pogubiłem
za ścianą jak palec sam
drugą kawę piję
trzy papierosy spalam
a za bardzo cienką ścianą
słyszę jak się mydlisz pianą
Zostaw wodę wodzie niech sobie cicho płynie
zrozum gdy żądza mnie trawi sekunda podobna godzinie
już papieros gaśnie kawa stygnie krew goreje
byłoby tak pięknie gdybym w sercu znalazł spokój
straszne że tak nie jest
W czasie twej kąpieli
gdy woda kapie z rzęs
świat na karuzeli
i ręce mi się trzęsą
a gdy staniesz już za progiem
jak pokonam swoją trwogę
Zostaw wodę wodzie niech sobie cicho płynie
zrozum gdy żądza mnie spala sekunda podobna godzinie
już papieros gaśnie kawa stygnie krew goreje
byłoby tak pięknie gdybym w sercu znalazł spokój
straszne że tak nie jest
nie było i nie jest... w czasie twej kąpieli
Wciąż
brak mi ciebie

Jeszcze stale mi się śnisz
wciąż mi zaprzątasz każdą myśl
jeszcze mnie w nocy zrywa
świadomość osobliwa
jeszcze zdejmuję buty
by nie nabrudzić w sieni
choć to już nic nie zmieni
Jeszcze pamiętam
wciąż jeszcze nie przywykłem
że na twych sprzętach
osiada kurz
że dzwonek nie zadzwoni
że drzwi się nie otworzą
że teraz z innym jesteś już
wciąż brak mi ciebie
jeszcze stale brak ciebie
Jeszcze nie całkiem w lustrze zbladł
po twoich ustach mglisty ślad
a w każdym kącie niby czart
mrukliwy nieporadny skrzat
jeszcze cię piję w kawie
i zjadam w białym chlebie
dom jeszcze pełen ciebie
Jeszcze pamiętam...
Wigilia (Dzieciątko)

Postawiłem na gazie wodę i
mielonej kawy nasypałem do kubeczka
puściłem płytę trójkę Queen
teraz popatrzę jak na drzewku płonie świeczka
Wokół mrok płomień drga tańczą cienie
nie uchwycisz ich zaręczam
niepotrzebnie się zadręczasz
z radia już niesie się kolęd brzmienie
tylko on Boży Syn jeszcze śpi
Cały świat czeka już na boży znak
a on tymczasem lata skrajem Mlecznej Drogi
a tam na dole gdzie teatr widać jak
Święty Mikołaj w stroju Dziadka Mroza chodzi
Wokół mrok...
W pokoju czuję już konopi woń
a wigilijny karp rozmrozić się nie zdołał
wyjdę na balkon wzniosę dłoń
i prosto w ciemność ile w płucach sił zawołam
Wokół mrok...
Zatańcz

Zatańcz moja miła
zatańcz dla moich oczu
zatańcz i w me plecy
wbij ostry nóż
Suknia twa kochanie
niech na podłogę spłynie
suknia twa kochanie
niech spadnie już
Zatańcz tak jak tańczą szamanki wokół ognia
zatańcz tak jak tańczy na wodzie łódź
tańcz jak plam słonecznych wokół pomarańcz orgia
zatańcz ma kochana i do mnie pójdź
Połóż dłoń ma miła
połóż dłoń na me piersi
połóż swą bezwstydną
dłoń na mój brzuch
Ciało twe ma miła
niech splecie się z mym ciałem
ciało twe ma miła
wprawić chcę w ruch
Zatańcz...
Nowy dzień nim wstanie
ma miła nim dzień wstanie
nasyć chuć i żądze
naszych dwóch ciał
Zatańcz moja miła
dla moich chciwych oczu
zatańcz tak a ja
będę ci grał
Zatańcz...
Zmęczenie

Mam już dość
dał mi w kość ten pojedynek z wiatrakami
z siedmiu wilków nie zostało nic
niedźwiedzia starłem w pył
teraz nie mam sił
czas na sen
niech się skończy ten dzień
Twego ognia moc
płonie pod chmurami
dookoła noc
niebo wciąż nad nami
A ja mogę blisko ciebie być
Wtulam się
potem śnię bezpieczny sen w twoich ramionach
już zapadam się w przeszłości mrok
dotyk naszych ciał
odejść cicho da
w ciemny sen
gdzie początek i sens
Twego ognia moc...
|