|
ŚCIBOR SZPAK
Z wykształcenia polonista, zawodowo zajmuje się
tworzeniem
reklam.
Hobbystycznie
występuje na scenie w kabarecie Żak i Szpak, czyli w
spółce autorskiej Grzegorza
Żaka i Ścibora Szpaka. Laureat kilku festiwali i
konkursów kabaretowych, w tym dwukrotny zwycięzca
poznańskiej OBORY. Specjalizuje się w piosence
kabaretowej, choć – jak trafnie określił to kiedyś
Krzysztof Jaślar – śpiewa „na granicy bólu”.
Miłośnik średniowiecza, a szczególnie
średniowiecznej tanatologii.

CUKIERNICZA BOSSANOWA

Mój kumpel
Zjada ciastek za pięć dych
A gdy je pochłonie
Nie poddaje się
Zagryza czekoladką
On zwykle mawia
Zęby bolą tylko ludzi złych
A przecież cudownie
Jest przez cały dzień
Mieć,
mieć w ustach słodko
Sława
Cukier i kawa
I pół litra becherówki
Heja, heja, heja
Pensję przejadł
Wziął zaliczki znowu cztery stówki
Wszystkie cukiernie Rzeczypospolitej
Dla niego pieką ciastka jeszcze bladym świtem
A on im się odwdzięcza dobrym słowem
Ubranym w tę
W tę słodką bossanowę
Mój kumpel Karel
Pija sok z czarnego bzu
Mawia: to jest nad soki sok
Że to ambrozja, fantazja, małmazja
I jeszcze jakieś tam
Popatrz jak mu rośnie
Jak u przyszłej matki brzuch
A ja się niepokoję
Że wnet przybierze piłki kształt
I go ktoś kopnie, i wyleci precz na out
A ja zostanę sam
Zupełnie sam
Mój kumpel
Już nie widzi swoich stóp
Rozpycha się w spodniach
Pas mu dawno znikł
Zajmuje 3 ary
On jednak twierdzi
Że glicydy nie szkodzą mu
Bo niczym kotłownia
Spala wszystko w mig
Ktoś woli wódy łyk
Ktoś trawkę pyk, pyk, pyk
A on je bon pari, bobobobo bon pari
GDY
MNIE W KOŃCU SIEKNIE

Kiedy włożę rano czarne, pogrzebowe buty
Kiedy moja stara złapie, że nie idę dziś do huty
Kiedy ruszy czarny kondukt zasmuconych gości
W stronę mej Ostrawy po Sikorowym moście
Gdy mnie w końcu sieknie
To będzie pięknie
Pięknie, ach będzie pięknie
Gdy kostucha mnie definitywnie sieknie
Żeby wszyscy byli pewni, że cieszyłem się szacunkiem
Będą płacze, tłusty gulasz i piekielnie mocne trunki
Bo nie mogło być fuszerki nigdy w tym co robię
Czemu mam się zmienić, kiedy leżę w grobie
Gdy mnie w końcu sieknie
Ach będzie pięknie
Pięknie, ach będzie pięknie
Gdy kostucha mnie definitywnie sieknie.
Kostucha czasem siecze, zanim złapiesz, co się stało
Nie pomoże gęsie pierze, ni kobiece, młode ciało
Gdybym ja mógł wybrać, chciałbym nagle skonać
Niech mnie skosi tak jak starego Magdona
Ach będzie pięknie
Pięknie, ach będzie pięknie
Gdy kostucha mnie definitywnie sieknie
Jeszcze tylko nie wiem popularne wziąć czy sporty
Żebym nie czuł się jak frajer, co najgorsze pali
sorty
W każdym razie wezmę piersióweczkę z rumem
Bo rum mi nie zaszkodzi, byle pić z rozumem
Ach będzie pięknie
Pięknie ach będzie pięknie
Gdy kostucha mnie definitywnie sieknie
Nigdy w ciebie nie wierzyłem, ale gdybyś jednak był
tam
Załatw Boże mi kwaterę, gdzie zimuje Lojza Litman
Z Lojzą zawsze trzymaliśmy sztamę, najpierw w jednej
klasie,
A potem przy prasie, razem przetrwać da się
Gdy mnie w końcu sieknie
Pięknie ach będzie pięknie
Gdy kostucha mnie definitywnie sieknie
Kiedy włożę rano czarne pogrzebowe buty
Kiedy moja stara złapie, że nie idę dziś do huty
Choćbym co chciał robił psu na budę wszystko
I tak trzeba przyznać nie najgorzej wyszło
Gdy mnie w końcu sieknie
Choćbym co chciał robił psu na budę wszystko
I tak trzeba przyznać nie najgorzej wyszło
Gdy mnie w końcu na na na na na na na
KIEDY TAK SIĘ KĄPIESZ

Kiedy tak się kąpiesz
Myjesz sobie plecy
Czuję, że dostąpię
Rozkoszy łupieżcy
Skoro się oddajesz wodzie
To skorzystam i ja – złodziej
Wszystko na mą zgubę
Między nami ściana
Trzeci kawy kubek
Zapalam gitana
Nie zagłuszy karton z gipsem
Jak spłukujesz się prysznicem
Zostaw wodę wodzie
Niech sama sobie ciecze
Zrozum że rządzą mną żądze
A czas się wyjątkowo wlecze
Fajka z wolna gaśnie
Kawa stygnie
Krew się pieni
Byłoby cudownie
Gdyby krew zamienić w wodę
Ale kto zamieni?
Kiedy tak się kąpiesz
Myjesz sobie plecy
Wiercę się na sofie
Wszystko z rąk mi leci
A gdy przyjdziesz całkiem naga
Nie wiem, czy nie opuści mnie odwaga
LAS
VEGAS

Nieboskłon nad Las Vegas neonami nocą lśni
Meksykanin zmiata resztki szczęścia skoro świt
Las Vegas nie da wiary łzom
Szczęście to tylko białe kartki są
Czterdzieści dni przez pustynny szlak
Brnąłem, ogładę całą trafił szlag
Aż wreszcie w dole gdzieś ujrzałem cel
Highway to hell
Paryż z kartonu a wieża Eiffla z papendekla
Do nieba droga wiedzie stąd ta sama co do piekła
Hostię sprzedaje tutaj każdy bar
Życie lub śmierć to tylko losu jest dar
Na ciebie padnie i zaraz w błoto pada
Złota dolarowa kanonada
Lecz wielu nie ma z tego nawet na wikt
Fuck you shit!
Odźwierny przed hotelem uśmiech ma jak u Obamy
Mulatki z Jamajki dzwonią swymi ozdobami
Chciałbym zadzwonić, ale padł mi GSM
Bez sensu było jechać tu na jeden dzień
Białe nie jest czarne
A krew to nie woda
Mercedes Benz to nie Favorit Skoda
A mieć pieniądze to głupia czeska moda
Co ci to da ... je je je je je...
Nieboskłon nad Las Vegas neonami nocą lśni
Meksykanin zmiata resztki szczęścia skoro świt
Las Vegas nie da wiary łzom
Szczęście to tylko białe kartki są
Czterdzieści dni przez pustynny szlak
Brnąłem, ogładę całą trafił szlag
Aż wreszcie w dole gdzieś ujrzałem cel
Highway to hell
NADCHODZI DZIEŃ I ROK

Była głęboka noc
W dali pies zaczął wyć
Stałem w oknie, by stać. I pić.
Mignął mi jego cień
Niewyraźny miał kształt
Lecz wyglądał jak Lomikar
Nadchodzi dzień i rok
Gdy przez baroku mrok
Przeziera rokoko
Patrzymy w ciemną noc
Co wodzi nas za nos
Nie wiemy, czy to fakt, czy zdaje nam się tak na oko
Nadchodzi dzień i rok
Gdy przez rokoko mrok
Widać już secesję
Patrzymy w ciemną noc
Pcha nas tam jakaś moc
Ale nie chce się
Chciałem zwymyślać go
Psa co nocą tak wył
Lecz zabrakło mi słów, a może sił.
Wziąłem do ręki kolt
Był gdzieś na szafy dnie
Wymierzyłem bez słów prosto w cień
Nadchodzi dzień i rok
Gdy przez baroku mrok
Przeziera rokoko
Patrzymy w ciemną noc
Co wodzi nas za nos
Nie wiemy, czy to fakt, czy zdaje nam się tak na oko
Nadchodzi dzień i rok
Gdy przez rokoko mrok
Widać już secesję
Patrzymy w ciemną noc
Pcha nas tam jakaś moc
Ale nie chce się
Dygotała mi dłoń
Żar w kominku już zgasł
Na sekundę się tu zatrzymał czas
Mrok najeżył swą sierść
Młotem walił mi puls
Wszak zabójcą jest kto wciska spust
Nadchodzi dzień i rok
Gdy przez baroku mrok
Przeziera rokoko
Patrzymy w ciemną noc
Co wodzi nas za nos
Nie wiemy, czy to fakt, czy zdaje nam się tak na oko
Nadchodzi dzień i rok
Gdy przez rokoko mrok
Widać już secesję
Patrzymy w ciemną noc
Pcha nas tam jakaś moc
Ale nie chce się
Wystrzał rozszarpał noc
Jakby już miało dnieć
Płomień świecy się zląkł i zaczął drżeć
Tej nocy znów spałem źle
Nazbyt czujnie, by śnić
Rano tam, gdzie był płot, nie było nic
PASTERZ KRÓW

Kiedy byłem mały, mówili mi wokół
Pilnie się ucz i jedz dużo brokuł
Wtedy skończysz prawo, będziesz żonglerem słów
Taki prawnik w pracy ciepło ma i sucho
Bierze niezłą pensję i drapie się w ucho
Ale ja im na to: chcę być pasterzem krów
Ja chcę mieć czapkę a na czapce pompon
Jadać kasztany, myć się pod pompą
Od rana przez cały dzień
Wydzierać się
Śpiewać
pam pam padam pam padá dam
pam pam padam pam padá dam
pam pa da da dam pa da da da-ám
Pod choinkę dostawałem dziesiątki ksiąg
Lecz nie chciało mi się żadnej brać do rąk
I tak bym z nich nie wyczytał, jak się wypasa krowy
Więc pytałem wszystkich, więc pytałem wciąż
Nikt mnie nie rozumiał, jako jeden mąż
Doszli więc do wniosku, żem psychicznie niezdrowy
Ja chcę mieć czapkę a na czapce pompon
Jadać kasztany, myć się pod pompą
Od rana przez cały dzień
Wydzierać się
Śpiewać
pam pam padam pam pada dam
pam pam padam pam pada dam
pam pa da da dam pa da da da-am
Dzisiaj jestem starszy i już swoje wiem
Chociaż wiele już nie mogę, wiele zrobić chcę
A gdy jest mi smutno, lubię kłaść się na trawie
Patrzę sobie w górę, leżąc tak na wznak
Oczami przemierzam zachmurzony szlak
Widzę swoje krowy na niebieskiej murawie
PIOSENKA DLA MAŁEJ LENKI

Co dzień uchodzą ze mnie siły
W ustach mnie pali niczym żarem
Wiarę, straciłem wiarę
I tracę głowę
Reflektory we mnie wystrzeliły
Jestem żywą tarczą w środku pola bitwy
Cel znakomity, więc padam z wbitym
W serce ołowiem
Jak mawia mój przyjaciel Pepa
Czego ode mnie chcesz, mała w pierwszym rzędzie
Na twe wdzięki się nie skuszę
A trochę skuszę
Bogini losu była ślepa
Skoro mi rzekła to, co mi rzekła
Piszą wciąż z piekła
Dbaj o swą duszę
Dbaj o swą duszę
Ranki są smutniejsze niż noce
Z rozbitego nosa krwią znów broczę
Pod numer pięćdziesiąt sześć jeden zero dziewięć
Nie da dodzwonić się
Ranki są smutniejsze niż noce
Swój kamień toczę, toczę, toczę
Dawno przestałem wszystko wiedzieć
Wtorek zaskoczył mnie
Mów jak ci idzie?
No czasem kiepsko, czasem jak po sznurku
Z wiejskiej orkiestry czterech puzonistów
Gra mi na podwórku
Tu tu tu ...
Ma mała Lenko, co ty robisz
Zrozum, że cztery lata to są cztery lata
Czas szybko gna, ty stoisz tam
Ja zaś tu będę stał
Gdy zniknę, zapamiętaj sobie
To dla ciebie wiersz ten pisał tata
I razów nabrał, płakał jak wariat
A światu kosza dał
Ranki są smutniejsze niż noce
Z rozbitego nosa krwią znów broczę
Pod numer pięćdziesiąt sześć jeden zero dziewięć
Nie da dodzwonić się
Ranki są smutniejsze niż noce
Swój kamień toczę, toczę, toczę
Przestaliśmy dawno wszystko wiedzieć
Wtorek zaskoczył nas
No jak wam idzie?
No czasem kiepsko, czasem jak po sznurku
Z wiejskiej orkiestry czterech puzonistów
Gra nam na podwórku
Tu tu tu ...
SAMURAJ

Skoro świt, tam, gdzie brzeg wielkiego oceanu
Myje twarz w bryzgach fal Samuraj-san
Wokół piach na nim zaś tuzin orangutanów
Bo on jest można rzec orangupan
W ręku ma żerdź
Długą metr i ćwierć
Gdyby jakiś orangutan zaczął stroszyć sierść
Tan tan tan, orangutan
Tan tan tan, na propan butan
Kiedy już słońca krąg nad Fujijamą stanie
Samuraj czesze się, by czarne włosy spiąć
Potem zaś mówi tak, „Chodź tu orangutanie”
Nadszedł czas, żeby się za bary z tobą wziąć
Popod tują
Dwa ciała się siłują
Inne małpy też do walki się szykują
Tan tan tan, orangutan
Tan tan tan, na propan butan
No a gdy skończy już z ostatnim małpiszonem
Samuraj woła „przyjdź samurajko ma”
Wszyscy zaś schodzą się przed samurajskim domem
A on im jak co dzień na bałałajce gra
Brzęk i brzdąk
Herbatę piją w krąg
Tańczą tak, by filiżanek nie wypuścić z rąk
STACJA METRA JERZEGO Z PODEBRAD

W metrze się mijamy jak według rozkładu
Ja jadę zwykle w górę, a ona zjeżdża na dół
Ja wracam z nocnej zmiany
Ona ma na szóstą
Jesteśmy niewyspani
Aż strach spojrzeć w lustro
A schody pędzą jak światem świat
Stacja metra Jerzego z Podebrad
Praga o szóstej jeszcze chrapie słodko
I tylko my czuwamy jak frajer z idiotką
Mam etat na Bulovce
Ona siedzi w kiosku
Jesteśmy czarne owce
Dwie ofiary losu
A schody pędzą jak światem świat
Stacja metra Jerzego z Podebrad
Pięć dni w tygodniu mamy w metrze randkę
Tworzymy razem taki pokręcony tandem
Ja w lewo, ona w prawo
Dziwna z nas para
Ją czeka Rude Pravo
A ja mam fajrant
A schody pędzą jak światem świat
Stacja metra Jerzego z Podebrad
Ruchome schody mogą stać się rajem
Tam właśnie pokochałem kioskareczkę Maję
Lecz w biegu zdążę tylko
Powiedzieć dobre słowo
Bo całowania w ruchu
Zabrania się surowo
A schody pędzą jak światem świat
Stacja metra Jerzego z Podebrad
Praga wciąż smacznie chrapie o poranku
A my jesteśmy parą ostrożnych kochanków
W przeciągu mocnym wietrze
Włosy się burzą
Wszystko przed nami jeszcze
A w każdym razie dużo
A schody pędzą jak światem świat
Stacja metra Jerzego z Podebrad
|