 |
POLSKI KĄCIK |
 |
|
JAREK NOHAVICA ON THE ROAD
2008 |
|
|
Jarek v Akademii

Nie dajcie się zwieść tytułowi dzisiejszego artykułu.
Nie chodzi o brytyjską akademię nauk, ani o wojskową czy policyjną.
Poprawna nazwa brzmi CARLING ACADEMY i w jej sali w centrum Londynu
odbył się pierwszy koncert turne.
Jesteśmy na miejscu dostatecznie wcześnie. Wszystkie koncerty turne
obsługuje miejscowa aparatura dźwiękowa, dlatego trzeba ją zobaczyć
odpowiednio wcześnie, ażeby w przypadku możliwych komplikacji zdążyć
do rozpoczęcia koncertu wszystko ustawić.. Tutaj oczywiście nic
takiego nie grozi – w sali odbywają się najróżniejsze koncerty i
jest świetnie przygotowana. Kuba (dźwiękowiec) wszystko ustawia
według swoich potrzeb i Jarek może zacząć próbę.
To, czemu jeszcze nie tak dawno dziwiliśmy się u nas – surowe
kontrole osobiste - jest tutaj na porządku dziennym i nocnym.
Najpierw wszyscy widzowie przechodzą kontrolę bagażu, a dopiero
później kontrolę biletów. (Mamy okazję za kilka godzin osobiście
tego doświadczyć, kiedy idziemy po koncercie na chwilkę usiąść i
przy wejściu do baru poddani zostajemy kontroli osobistej takiej jak
na lotnisku.)
Około godziny szóstej, przed wejściem do Akademii stoi już długa
kolejka widzów. Na twarzach widać, że się cieszą na piosenki, które
znają, na czeskie teksty, na odmianę być może codziennej sztampy.
Wielu z nich przyznaje, że się im w Londynie udało to, co w kraju
rodzinnym jeszcze nie – zdobyć bilet na koncert Jarka.
Krótko po ósmej, kiedy „odprawiono” ostatnich widzów, koncert się
zaczyna. To oczekiwanie, które było widać w oczach, nie było
złudzeniem. Orkan energii, który wychodził z widowni już od
pierwszej piosenki „Dokud se zpiva”, dałby się chyba zmierzyć. Albo
przynajmniej natężenie śpiewu. Było widać, że publiczność słucha i
nie ma ani jednej piosenki, której by nie znała. Koncert jest jak
wypełniony jadący pociąg, ma swój rytm.
Pod koniec koncertu Jarek wpada na kolejny pomysł, jak połączyć
koncerty z internetem. Jesteśmy za granicą, gramy dla ludzi, którzy
już jakiś czas nie byli w ojczyźnie. Dlaczego nie użyć sposobności i
pozdrowić swoich bliskich bezpośrednio z koncertu? Sfotografowanie
widzów bezpośrednio przed zakończeniem koncertu jest okamgnieniem,
umieszczenie zdjęcia na stronie internetowej - kwestią kilku minut.
I tak dzięki połączeniu z internetem bezpośrednio zza kulis sali,
mogą wszyscy w Czechach, Słowacji i Polsce widzieć swych bliskich i
przyjaciół, jak im machają z Londynu. ”Pozdrawiamy swoich”– jak
Jarek nazwał ten serial - chcemy realizować z każdego koncertu. Mamy
nadzieję, że warunki wszędzie nam na to pozwolą.
Wedle tutejszych przepisów koncert musi się skończyć najpóźniej o
22:00. „Andel strażny” który zamyka koncert przekracza ustalony czas
chyba o minutę, a już miejscowy personel pokazuje nam zegarki… Co
zrobić, koncert się kończy. Dla wielu zapachniał trochę domem,
spełnił dawne życzenia albo był startem do hucznego weekendu. W
każdym razie się udał i był to udany start turne. Start z wielkim
przyśpieszeniem.
Tomáš Linhart
W
fabryce guzików

Dublińska Ściana sławy
Dublin jest w niedzielę rano stosunkowo spokojny: jedna
część mieszkańców odsypia piątkową i sobotnią noc, druga jest w
kościele. Tu są wielkie przeciwieństwa – w piątek i sobotę pije się
na umór – ale jeśli nie macie osiemnastu lat, nie wejdziecie nawet
na koncert Jarka Nohavicy.
Dzisiejsza niedziela jest niezwykle słoneczna, ale nie można
powiedzieć, że jest ciepło. Przynajmniej dla nas – bo dla
dublińczyków wróciło lato – niektórzy chodzą w japonkach i
koszulkach. Spacerujemy z Jarkiem po Dublinie i Jarek wspomina dwa
miesiące z przed paru laty, które tu spędził jako student
angielskiego. Mamy nakręcone mnóstwo ciekawego materiału i sporo
zdarzeń jakie często przynosi samo życie. Spotykamy kilkoro krajanów,
którzy się do nas serdecznie odzywają i zawsze informują, że się
jeszcze zobaczymy wieczorem.
Z hotelu do Temple baru, albo jak chcecie The Button Factory Music
Center, jest kawałeczek więc idziemy pieszo. W sali, gdzie za trzy
godziny ma się odbyć koncert jest bardzo wesoło – kończy się
przedpołudniowa zabawa dla mam z małymi dziećmi. Urządzona z wielką
pompą, światła jak na koncercie rockowym. Kiedy salę wysprzątają z
kolorowych piłeczek, zaczynają stawiać scenę dla Jarka. Kuba znowu
chwali wyposażenie sali i panującą atmosferę. Jana wspomina jak
dokładnie w tej sali była kilka lat temu na koncercie George
Michaela. Wystarczy wyjść na ulicę i popatrzeć na elewację klubu –
ściana sławy jest naprawdę pstrokata od zdjęć. Dominuje wielkie
zdjęcie zespołu U2, który tu kiedyś, dawno temu zaczynał karierę. Na
zdjęciu obok nie przeoczycie Sinead O’Connor. Również szatnia klubu
jest bardzo ciekawa – cała czarna, wyposażona tylko w lustra i
wielkie czarne skórzane sofy. Przed wpół do ósmej klub zaczyna się
zapełniać, wszędzie słychać język czeski, słowacki albo polski. Mierząc intensywność reakcji publiczności na pozdrowienie Jarka, na
koncercie jest chyba najwięcej Słowaków. Bawią się wszyscy, uważnie
śledzą każdą piosenkę i śpiewają. To jest wspaniały widok – nie na
darmo mówi się, że mamy najładniejsze dziewczyny na świecie. Także z
Dublina posyłamy z koncertu fotograficzne „pozdrowienie swoich”.
Sala ma balkon, więc wszyscy nie zmieścimy się na jednym zdjęciu.
Robię ich kilka, wszystkie możecie zobaczyć w osobnej galerii.
Koncert się udał pod każdym względem. Tego, że Kuba jest znakomitym
dźwiękowcem nie trzeba nawet pisać, ale zaskoczyło mnie także
oświetlenie. Pytam o to Kubę, a on mi wymienia jakie irlandzkiemu
technikowi od oświetlenia dawał polecenia: „something about love”, „funny
song”…
W poniedziałek rano mamy lecieć do Corku na zachód Irlandii.
Ponieważ to nie jest daleko, postanowiliśmy, że pojedziemy
samochodem i zobaczymy Irlandię z innej perspektywy.
Tomáš Linhart
Listy do domu

Cześć Kubo,
Już od dłuższego czasu miałeś zamiar odwiedzić Kanadę by
obejrzeć mecz hokejowy, a ja powtarzałem Ci, byś swoją decyzję
jeszcze zważył, bo Kanadyjczycy są dość dziwnym narodem. Dziś jednak
wycieczka do Kanady staje się dla Ciebie obowiązkiem! Musisz tam
polecieć, nawet gdybyś nie chciał! Dopóki jesteśmy dopuszczeni do
ruchu bezwizowego z Kanadą, dopóki jesteś jeszcze niewinnym chłopcem,
nieskażonym żadnymi przewinieniami, z garstką pieniędzy w kieszeni.
Chcę żebyś widział, jak
wyglądały komunistyczne prowokacje na granicy. Wy młodzi nic o tym
nie wiecie.
Twojego rudego tatę z amerykańską wizą pracowniczą nie omieszkali
zaraz na lotnisku zapytać, czy przypadkiem nie jest Cyganem. (Byłem
w szoku! Myślałem przez chwilę, że kontrola imigracyjna pyta się,
czy mam zamiar przewieźć chipsy – Have you Chipsy? – po chwili
jednak zrozumiałem o co chodziło Pakistańczykowi z kanadyjską
narodowością: Are you Gypsy? Odpowiedziałem przecząco, ale chyba nie
powinienem się śmiać, bo czekały nas później (mnie i mych przyjaciół)
trzy ostre rozmowy i kontrole.
Procedury zakończyła urzędniczka w
niebieskich rękawiczkach, która z obrzydzeniem przeszukała moją
walizkę ze skarpetkami, co wywołało we mnie wspomnienia pewnej pani
porucznik na granicy w Chałupkach, w roku 1989, kiedy wracałem z
festiwalu we Wrocławiu. Ta pani szukała wtedy zakazanej literatury,
ta ‘dzisiejsza’ tylko skarpetek. Pewnie chciała mi je wyprać.
Przekaż mamie, że wstydu nam nie zrobiłem. Nic nie znalazła.
Pozdrawiam Cię, wszystko
związane z czeską piłką nożną śledzę przez internet. Komputery można
tu przewozić bez żadnych kontroli.
Pozdrawiam
Jarek
Anglia i Irlandia oczami kobiety

Po tygodniowej wyciecze znów jestem w domu, ze swoją małą Terezką.
Ma dopiero 3,5 roku, nie chcę, by była cały miesiąc beze mnie. Ja
sama nie wytrzymałabym bez niej. Dalej chłopaki jadą już sami, bez
żeńskiego elementu w ekipie. Są dobrzy, na pewno nie narobią nam
wstydu. :-) Posyłamy im z Terezką buziaczki. :-)
Jarek poprosił mnie, bym
napisała kilka uwag z Anglii i Irlandii oczami kobiety. Co mnie
zaskoczyło, rozbawiło czy rozczarowało. Faktem jest, że
najsmutniejszym wydarzeniem był dla mnie sam wyjazd. Starałam się
być wesoła, ale łez i tak nie powstrzymałam. Gdybym nie wiedziała,
że w domu czeka na mnie Terka, nigdzie bym się nie ruszyła,
pojechała bym z chłopakami dalej w świat. Mimo to, o ósmej wieczorem
byłam w domu a smutek bezpowrotnie minął.
A teraz o tym, czego ciekawego
dowiedziałam się o Anglii i Irlandii.
Pierwsza i
najważniejsza rada:
Jeżeli chcecie się w Anglii
dobrze wyspać, najlepiej od razu u nas, skoczcie do apteki po
zatyczki do uszu. W Anglii jest wiele aptek homeopatycznych,
chińskich i innych, ale te normalne są głęboko schowane w sklepach
samoobsługowych, w działach z drogerią czy w perfumeriach.
Będąc w centrum Londynu nie
widziałam ani jednej za cały boży dzień, a kiedy wreszcie jedną
znalazłam była już zamknięta. Dlatego pierwszą noc spędziłam bez
zatyczek i zbyt dobrze się nie wyspałam. Anglicy i Irlandczycy piją
i bawią się prawie każdego dnia i robią to w sposób dość hałaśliwy.
W dodatku w nocy wciąż trąbią
auta. Chyba to lubią, zostaje dla mnie tajemnicą, kiedy właściwie
pracują...?
Rada druga:
Raczej nie ryzykujcie z kuchnią
regionalną. Nie chodzi o to, że po zjedzeniu byłoby wam źle, ale
jest po prostu niesmaczna. Za każdym razem, kiedy przekonaliśmy
samych siebie, by iść do restauracji, jedzenie w ogóle nam nie
smakowało. Wszystko gotuje się bez smaku i soli. Wypróbowaliśmy
nawet miejscową jadalnię samoobsługową w jednym z centrum
handlowych, gdzie zamówiliśmy jagnięce ragu z ziemniakami i
zapiekanego łososia z warzywami... nic nadzwyczajnego. Ponownie bez
smaku. Tylko Jarek jadł zamówiony obiad zajadając go słodkim
tortem. Żeby przynajmniej było słodkie... ;-)
Np. śniadanie w hotelu:
jajecznica wyglądała jak wybladłe błoto bez smaku i zapachu a do
tego podano białą fasolę w sosie pomidorowym, kiełbasę oraz
zapiekane pomidory. Dość oryginalna kompozycja.
J
Tylko raz, aż w Cork, w bardzo
przyjemnym hoteliku doczekaliśmy się wreszcie jajka sadzonego z
dobrze opieczoną angielską słoniną. W Ameryce ponoć śniadanie
wygląda równie nieciekawie... zawsze słodkie pieczywo i kawa. Nasz
czeski hemenex (jajko sadzone na szynce) jest po prostu najlepszy.
Pyszne są tam tzw. SUBWAY
(zapiekanka, która składa się z różnych typów bagietek do których
wkłada się, to, na co ma się właśnie ochotę). To chyba jest jednak
amerykańskie...
SUBWAY jest już dostępny nawet w
Pradze, ale w Anglii czy Irlandii jadaliśmy go prawie codziennie i
zawsze smakował przepysznie!! Myślę, że w Ameryce musi smakować
równie wyśmienicie.
Następnym wielkim pozytywem
jest, że w każdej kawiarnie można kupić dużą kawę na wynos, tj. w
kubku razem z wieczkiem, a w razie, gdy ktoś potrzebuje więcej niż
jedną kawę, dostaje specjalne papierowe ‘pudełko’ (jak u nas te na
jajka) tylko większe, na 4 kawy. Bardzo polubiliśmy Cafe Late w
kubku, była bardzo smaczna. W prawdzie u nas też czasami uda się
kupić kawę w kubku, ale nie można tego porównać jeśli chodzi o
wielkość czy sam smak.
Rada trzecia:
Dotyczy ubrań i odpowiedniej
wielkości walizki podczas podróży powrotnej do domu. Wszystkie
sklepy są tutaj bardzo dobrze zaopatrzone (GAP, NEXT i dziesiątki
następnych...) Ceny są o połowę lub i więcej niższe niż u nas a
bluzy, głównie dziecięce mają po prostu super. Wiozę ich dla siebie
i swojej koleżanki chyba 11, na więcej nie zostało miejsca. Ogólnie
rzecz biorąc ubrania tutaj mają bardzo ładne i tanie.
Oczywiście w naszej paczce już
mam przezwisko MIKINA.(???)
Ale ja mimo wszystko mam
uczucie, że to była dobra zdobycz.
I to by było chyba to
najważniejsze, tylko wciąż zastanawiam się jak Angielki i Irlandki
myją okna, ponieważ wszędzie można otworzyć tylko te najmniejsze,
wentylacyjne... pewnie mają na to swoje sposoby. :-)
Jana Linková
Indiańskie
lato

Gdy opadają liście klonu
Kiedy Martin (promotor koncertów w Kanadzie) wiózł nas wczoraj
deszczowym i zamglonym popołudniem, mówił, że jutro rano będzie
słońce. Za bardzo mu nie wierzyliśmy- pogoda ani nastrój tego nie
zapowiadały. Ale miał rację – rano po mgłach nie było nawet
wspomnienia, świeciło słońce. Kuba przed południem wyruszył do
centrum Toronto aby razem z Martinem przygotować sprzęt na koncert.
Trzeba wypożyczyć całą aparaturę z wypożyczalni i udźwiękowić salę
Ukraińskiego Centrum Kultury gdzie odbędzie się koncert. Wygląda to
tak, że wchodzi się między regały wypełnione techniką i tylko
pokazuje co się chce wypożyczyć. Należy się wcześniej do tego
przygotować, aby nie tracić niepotrzebnie czasu. Ale Kuba jest
doskonałym fachowcem. Poradzi sobie zawsze i za wszelką cenę.
Przykładem może być zegar, który musi stać na scenie. Według niego
Jarek się orientuje ile czasu zostało do końca koncertu. Żadnego z
sobą nie zabraliśmy, więc Kuba kupił zegar w Londynie. Tracza jest
widoczna i czytelna. Ale ma jedną wadę – nie jest na baterie. W
fotogalerii możecie zobaczyć jak Kuba sobie z tym poradził.
Około trzeciej jedziemy z Jarkiem i Michałem na próbę dźwiękową.
Popołudnie jest piękne i słoneczne. Ale nagle, kiedy poruszycie
gałązką z drzew na ulice zaczynają padać żółte liście, których
wczoraj jeszcze nie było widać. Zaczyna się babie lato, a może
raczej indiańskie?
Wieczorny koncert różni się od angielskich i irlandzkich, jest
bardziej podobny do naszych. Trochę z tego powodu, że wszyscy mają
miejsca siedzące i jest trochę starsza publiczność niż na przykład w
Londynie. Atmosfera jest jednak taka sama, tak samo serdeczna.
Publiczność nie chce wypuścić Jarka ze sceny. Większość była tu
przed trzema laty – niektórzy chcieli Jarka pozdrowić, inni
sfotografować się z nim a jeszcze inni przyszli po autograf. Jestem
świadkiem dwóch kuriozalnych autografów – jeden bezpośrednio na
gitarze, drugi na spodniach gdzie już widniały autografy z 2005
roku.
Wracamy z koncertu autostradą prowadzącą przez centrum. Wysokie
budynki świecą różnymi kolorami, wyróżnia się wśród nich oświetlona
CN TOWER. Zwracam uwagę na sygnalizację świetlną, która tutaj
znajduje się za skrzyżowaniem. Z początku wydaje mi się to dziwne,
lecz w końcu przyznaję, że jest to praktyczniejsze – jest widoczna z
większej odległości i kiedy wyglądacie przez okno samochodu czekając
na zielone światło, nie boli was kark.
Tomáš Linhart
Sněženky z
Kansas

Na koncertach Jarka spotykamy wielu ludzi, którzy nie wahają się
lecieć lub jechać wiele kilometrów specjalnie na koncert.
W Dublinie spotykamy Luckę, która w sierpniu była na koncercie w
Czerwonym Kamieniu (Słowacja) i tam postanowiła, że przyjedzie
również do Dublina.
W Toronto spotkaliśmy natomiast małżeństwo, które przejechało całą
Kanadę bo nie mogło odmówić sobie przyjemności obejrzenia koncertu.
Zresztą, jak świadczy akurat odbywająca się przedsprzedaż biletów na
listopadowe koncerty w Czechach, to chyba norma.
Z pewnością wyjątkowy jest Jim Wilson – strażak z Kansas. Twórczość
Jarka pokazała mu jego nauczycielka czeskiego, która poradziła uczyć
się czeskiego z Jarkowych pieśni. Jim sam jest gitarzystą i poetą,
więc pieśni Jarka go urzekły. Wyprawił się nawet do Czech i na
Morawy, przebywał na pewnym posterunku straży pożarnej niedaleko
Ostrawy. Zawód Jima jest posłaniem – pomagać ludziom. Dlatego bardzo
go zainteresował koncert charytatywny dla Honzy (chłopaka, który
ucierpiał w sierpniowym wypadku kolejowym niedaleko Ostrawy) w
którym Jarek uczestniczył przed wyjazdem na turne. Kiedy się
dowiedział o koncertach Jarka w Ameryce, zadzwonił do Aji Růžičkovej
(promotorka koncertu w Denwer) że przyjedzie z Kansas na koncert.
Jechał 10 godzin. Aja spytała Jarka, czy chciałby się spotkać z
Jimem. Oczywiście odpowiedź była twierdząca i wieczorem zaprosiliśmy
Jima na kolację do Růžičkovych. Jim nas mile zaskoczył swoja
interpretacją piosenki Jarka Sněženky – po czesku. (video)
Pieśń nie jest łatwa, jednak Jim ją wybrał, ponieważ czuł, że jest
naprawdę napisana sercem. Sam jest autorem i jak mówi z gitarą się
nie rozstaje.
Bardzo przyjemna rozmowa na koniec przeniosła się na czytanie
bezpośrednio z internetu Jarkowych tekstów przełożonych na angielski
przez Romana Kostowskiego. Tak powstało nagranie w którym Jim spiewa
Marzenkę z albumu Babylon po angielsku, a Jarek akompaniuje mu na
gitarze. (video)
Jim był w Denwer pierwszy raz, myśmy dopiero wieczorem poznali
Proftovych (przyjaciół Aji), jednak wszyscy czuliśmy się jakbyśmy
znali się już od dawna.
Ale to chyba wiecie – wszystko zależy od ludzi.
Tomáš Linhart
New York,
New York...

New York jest miastem legendarnym. Realia miasta pojawiają się w
prawie każdym amerykańskim filmie. Niektóre jego symbole stały się
symbolami całego USA. Z tego właśnie powodu mamy o nim mylne
wyobrażenia. Rzeczywistość jest jednak inna.
New York jawi się nam jako miasto o wiele intensywniej niż wszystkie
inne dotychczasowe miasta, które odwiedziliśmy w ostatnim miesiącu.
Nie jest tylko małym centrum. Będąc na Manhattanie dzięki szerokim
chodnikom człowiek czuję się bardziej wolny. Jeżeli znacie adres,
nie możecie zabłądzić. Wystarczy zapamiętać numer ulicy, który jest
zarówno jej nazwą. Żadne ulice Palackého, Jungmanna, Na Pankráci –
po prostu 32th – trzydziesta druga. Gdy ktoś wysadzi was z auta,
wystarczy rzucić okiem na numer ulicy, na której się znajdujecie i
już wiecie, jak daleko do domu – każdy z bloków oddzielających ulice
ma około 250 metrów. W dodatku wszystkie ulice są do siebie
prostopadłe, co pomaga w orientacji i stwarza iluzoryczne uczucie,
że znamy miasto jak własną kieszeń.
Mieszkamy tuż przy Empire State Building – swego czasu najwyższym
budynku na świecie, który wybudowany został w celu stworzenia portu
dla sterowców. Ostatecznie swą funkcję spełnił tylko raz. Wydaje się
to wręcz niesamowite, ale stoi tu od roku 1931, a ostatnich 10
pięter zostało wybudowanych zaledwie w ciągu dwóch tygodni! Dumam
nad tym, jak musiała czuć się moja praciocia, która przywędrowała
tutaj w tym czasie za pracą, z małej czeskiej wioski i osiedliła się
tu na stałe. Różnica musiała być ogromna.
Zaskakujące jest, ile rzeczy jest tutaj bardzo podobnych do tych u
nas. Gdyby mi ktoś przed 25 laty, kiedy ze zdumieniem obserwowałem
Dustina Hoffmanna, jak nalewa w filmu ‘Kramer vs. Kramer’ mleko i
sok z kartonu (!), powiedział, że pewnego razu polecimy do New
Yorku, będziemy mieszkać na Manhattanie i zobaczymy miasto z pokładu
helikoptera, uznał bym, że jest wariatem.
W mieście podstawowym środkiem transportu jest taxi. Tak – jest
żótłe i naprawdę wystarczy wyjść na ulicę i machnąć ręką – w jednej
chwili pojawi się ich na horyzoncie od razu kilka. Dziś na próbę
dźwięku pojedziemy jednak pożyczonym autem, razem z Jirką Vlčkem (znacie
go już z Chicago i Los Angeles). Wyszliśmy z Jarkiem z hotelu a
portier od razu zareagował: ‘Mr. Nohavisa? There is your car.’
Myślicie, że czytali nasze stronki? Nie, nie – to tylko Jirka Vlček
dobrze opisał im Jarka i czekał na nas w aucie. Dziś Jarek występuje
w sali, która jest częścią kościoła St. John Nepomucene (nazwa
została zniekształcona przy założeniu kościoła i później nie została
zmieniona). Po południu zaczyna padać. Początek koncertu tradycyjnie
opóźnia się z powodu nieustannie przybywających na miejsce fanów.
Jarek wie, że dziś śpiewa po raz ostatni, na sam koniec gra na
życzenie i widać, że jest w wyśmienitym humorze. Wykonał nawet
ludową pieśń „Když jsem šel z Hradišťa”, którą wywołał nie tylko
burzliwe oklaski, ale i nie jedną łzę. Po ponad 2 godzinach ostatni
koncert trasy dobiega końca. Trasy, za którą trzeba podziękować
fanom – bez ich zainteresowania i wykupionych biletów, nie mogłaby
się odbyć. Trasa bez żadnych dotacji czy sponsorów, realizowana
własnymi siłami. Trasa pełna niezapomnianych przeżyć i pieśni.
Chociaż nasz pobyt w New Yorku jeszcze nie dobiega końca, w naszej
rubryce online jesteśmy na przedostatniej stronie. Jutro
chcielibyśmy się z wami pożegnać po raz ostatni.
Tomáš Linhart
|